Cegła - Literatura - Proza - Poezja
JEST JUŻ 24 NUMER MAGAZYNU CEGŁA - PIECZĘĆ, PYTAJ W KSIĘGARNI TAJNE KOMPLETY, PRZEJŚCIE GARNCARSKIE 2, WROCŁAW
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 
WRÓĆ | WYDRUKUJ

Piotr Kaczorowski

"Babel" [część]

I

 

Była jesień. Wojtek pił. Marta lała go po pysku, gdy wracał u szczytu nocy. Wojtek pił i płakał. Marta biła go i roniła łzy. Odchodził do wojska. Na trzy długie lata samotnych wieczorów. Na trzy długie lata nudnych dni. Na trzy długie lata…

„ Nie, nie dam się” – myślała – „Coś muszę poradzić. Pójdę do Jezusa”

Poszła. Jezus postawił na stole karafkę dobrej cynkówki po bożemu, trochę naiwnie, trochę po dziecinnemu.

- Modlisz się Marto?

- Czy ja mam czas się modlić, Jezu.

- Spowiadasz się raz na kwartał?

- A z czego? – Mówi buńczucznie – Zresztą życie byłoby strasznie nudne bez grzeszenia. Ja jestem prosta kobieta, to tylko te fircyki z miasta grzeszą. Ja żyję po bożemu, jak żeś przekazał.

- Żyjesz w zgodzie z dekalogiem?

- Z czym?

- Z dziesiątkiem przykazań, Marto

- A daj Boże, żeby każdy był tak pobożny jak ja. Jak trzeba to w mordę ścierką chlusnę jak nie trzeba to też przyłożę, żeby się chłop nie rozpuścił.

- Pismo święte czytasz?

- Coś ty Jezu! Wymyślasz. Książki czytać? O tego się głupieje. Wolę naszego proboszcza posłuchać w niedzielę. Jak on pięknie mówi i jak odmaluje Twoją mękę, to mi się aż łzy na oczy cisną, choć jam jest twarda baba.

- Oj Marto, Marto. – Jezus popatrzył w niebo, przewrócił oczy, przeczesał palcami blond włosy i nalała cynkówki do szklanek.

- Więc z czym przychodzisz?

- Czy ja zaraz muszę mieć jakiś interes? Oj Jezu, źle mnie oceniasz. Bardzo źle. Normalnie, w odwiedziny przyszłam. Może coś sprzątnę u Jezuska. Widzę, że obejście zaniedbane. Zaraz przyślę tu Wojtka.

- A właśnie, co u twojego Wojtka?

- A co? Nic. Chleje chłop, ale powiem Ci Jezu, że taki lepszy, taki, co się napije, niźli te mądrale z miasta. Jak zaczną mówić to końca nie ma.

- Słyszałem, że do wojska idzie?

Marta sposępniała. Jednym haustem wypiła pół szklanki trunku. Podparła się na kolanach łokciami, po czym schowała twarz w spódnicę.

- Widzę Marto, że zmartwienie masz. Mów. Wysłucham Cię.

- A co tu dużo mówić. Chłopa mi trza. Mój dureń do wojska idzie a co ja sama przez trzy lata w pustym łóżku zrobię. To i zimno.. i nudno.

- Słusznie. Mądra z Ciebie kobieta.

- Więc?

- Módl się. Jutro pójdziesz do spowiedzi na raniutko, później w ofierze zaniesiesz pięć kur na zakrystię a codziennie wieczorem różaniec.

- Pięć?

- Pięć.

 

W październiku Wojtek odszedł. Miesiąc później, z wieczora, szarówka na dworze, Marta słyszy pukanie.

- A kogo licho niesie? – mówi otwierając drzwi.

- Całuję rączki. Szanowanie dla pani dobrodziejki. – Powiedział trzydziestoletni mężczyzna o błogiej twarzy Latynosa, z blond, kręconymi włosami. Drobny. Niepozorny, lecz jakaś siła od niego biła.

- A coś ty fircyku. Skądś ty się urwał. Chyba ze świerku, co to pod nim wrony zdychają.

- Pss…. – zrobił maślane oczy, uśmiechnął się zalotnie i wskazał palcem na górę.

- Co ty mi szmelcowniku pokazujesz? Wynoś mi się z obejścia bo Cię zaraz szmatą prześwięcę. Prześwięcę…? Czyżby? – Marta dokładniej przyjrzała się gościowi – Czyżby? Oj, dobry ten nasz Jezus, słowa dotrzymał. Wchodź no aniołeczku. Czym chata bogata. Jak Ci na imię? Zresztą nieważne. Będziesz Franciszkiem. Anioł Franciszek. Chcesz kaszanki, piwa, a może… już późna pora, chyba czas się do łoża kłaść. Wejdźże no. No pokaż się niech Cię obejrzę. No, na roli to ty nigdy żeś nie robił. W fabryce też nie, no, ale jakeś anioł wejdź do środka. Oj, gorąco. Napaliłam w piecu. Chyba zdejmę sukienkę. No chodź, aniołeczku, Franiu, nie wstydź się. Jestem Marta. Dla Ciebie Martunia. Wiesz, mój chłop już od miesiąca w wojsku siedzi, a ja taka samotna, taka smutna. No, pokaż jak się bawicie w niebie… - pociągnęła go za kołnierz i popchnęła na łóżko. - A coś ty taki nieśmiały? Baby, żeś nie widział. We wsi mówią, że drugiego takiego cyca to nikt nie ma. A noga jak kolumna Zygmunta, gdzieś tam, nie wiem, w stolicy chyba. No chodź,  nie bój się. Mój Wojtek już od miesiąca na wikcie armii, a ja sama, samiutka. Wreszcie, żeś zdjął koszulę, a teraz portki i hop do łózia. Pokaż mi rajskie zabawy.

 

 

II

 

Ołowiane chmury zasnuły miasto. 30 września. Jesień. Trudno jest się skupić. Każdy dzień to zwycięstwo, wiktoria, życia nad śmiercią. Chowam się, garbię, skulam w sobie, aby dotrwać do nocy. Zasnąć. Odpłynąć w kolorowe, inne, błogie krainy. Ciężkie chmury o przejrzystości pończoch z lat ’60 oplotły moje myśli. Atmosfera jest tak gęsta, że można kroić ją nożem. Mój umysł drga niczym liście przy każdym podmuchu chłodniejącego z każdym dniem wiatru. Moja wiara w siebie podupada. Brunatnieje się pod naporem jesiennego deszczu. Pragnę stanąć na suchym lądzie komfortowego piasku, które rubasznie łaskotałyby moje stopy, lecz krok za krokiem, wdeptują w kałużę smutku. Zarumienione liście, tuż przed śmiercią, żółte, czerwone, nie cieszą mych oczy, gdy w trzewiach czuję niepokój. Czy one też cierpią? Nie potrafię się cieszyć pięknem tak zwanej polskiej jesieni, gdy całe moje ciało naszpikowane jest kolcami, o tępych szpicach, które przy każdym ruchu wbijają się, co raz głębiej zadając jeszcze większy ból codzienności. Ból istnienia.

            Kocham być radosny. Kocham się śmiać. Kocham żyć pełnią życia, lecz w ten czas nie potrafię. Wszystko we mnie krzyczy, jak po gwałcie. (Na) własnej osobowości. Pieką mnie członki, chore, jakby mszcząc się za radość i nieskrępowaną pełnię życia, jakimi żyłem przez ostatnie miesiące. Powieki nabierają, z każdym dniem, ponurych, brunatnych kolorów mojej spłakanej duszy tęskniącej za wszechmogącym Bogiem Solaris. Nie widzę pięknych, długonogich, kobiet. Kształtnych, zaokrąglonych bioder i piersi. Oczu z seksem. Ust z pieprzykiem. Cała moja uwaga, wszystkie myśli, skierowane są na kontroli swoich odruchów, myśli, aby nie pokazać jak jestem słaby w te dni. Płaczę. Płaszczę się przed sobą. Zwijam na łóżku w kłębek. Kłęby myśli nie daj mi spokoju. Z pokoju przechodzę do kuchni, z kuchni do łazienki, po czym znów do kuchni, aby zgubić pościg szorstkich, chropowatych, myśli. Myśli się czarno. Myśli się trudno. Myśli się źle. Zanurzam się. W otchłań. W przestrzeń beznadziei. Bez nadziei na lepszy przyszły dzień. Więc…

            Płaczę. Płaczę. Skamlę. Jak pies. Ty tez?

 

 

III

 

Wyrzucili mnie z uczelni – dawałem sobie przysłowiową radę. Zrezygnowały ze mnie, a może to ja zrezygnowałem z nich. Nie czułem, że wnoszą one cokolwiek wartościowego w moje życie – jestem niecierpliwy. Nie widziałem sensu w wsłuchiwanie się w monologi wykładowców – teoretyków. Życie ciekawiło mnie bardziej. Hłaskowskie życie – po co ja czytałem Marka? Po co wsłuchiwałem się w słowa Maleńczuka, Cohena? Po co fascynowałem się Hemingwayem w szkole średniej. Abnegaci. Outsiderzy. Po co? Wysublimowana egzaltacja – uszczypliwa dyplomacja – kult posiadanie –zrezygnowali ze mnie. Zrezygnowałem, kurwa, z nich. Kurwa – zrezygnowałem. Szorstka, niecierpliwa, chęć doświadczania. Spijania soków życia. Pieszczenia udręczonego łona dziewki ulic –  po co?!? Pytam. Niecierpliwość. Nie opamiętanie. Cierpliwość. Cierpliwości! Cierpliwości! Pokory. Więc, teraz idę swoją drogą, którą wybrałem sam. Mareczek byłby ze mnie dumny. Mareczek wypiłby ze mną kawę. Mareczek już nie żyje. Cierpliwości! Wyrzucili mnie. Kurwa, wyrzucili mnie.

            Wyrzucili mnie, a raczej to ja zrezygnowałem – przestało mi zależeć już na studiowaniu. Oczekiwałem, że rozwinę się na studiach, poznam ciekawych ludzi, a jedyne, co zobaczyłem to rozbestwione, rozkrzyczane dzieciaki, które uważają się za dorosłych – być może byłem ślepy. Zaślepiony. Własnym ego? Rok przed rozpoczęciem studiów, spędziłem w Ameryce. Chciałem tam pojechać i pojechałem. Bez rodziców. Bez opieki. Bez układów. Przyznaję było ciężko, ale trud, który włożyłem, pracę, jaką zainwestowałem w siebie, zwróciła się. Stałem się dojrzalszy. Mądrzejszy. Bardziej odpowiedzialny. Warszawka mnie dobijała. Ich bezmyślność. Prostolinijność. A przede wszystkim cwaniactwo. Dziś i ja jestem cwany. Nie potrafiłem zrozumieć skąd wypływa ich poczucie wartości – przecież nic sobie nie wypracowali. Nic nie osiągnęli. Nic nie umieli. Żyli za pieniądze swoich rodziców. Więc, skąd? Do dziś nie wiem. Te ich drogie samochody, które kupili im rodzice na osiemnaste urodziny, te drogie ciuchy kupowane, na co sobotnich zakupach, te wypady do Londynu i Paryża na weekend… To mnie wkurwiało. Kłuło mnie w oczy. Nie jestem anarchistą. Nie jestem rewolucjonistą. Jestem synem prywaciarza, który od wczesnych lat był zaprzęgnięty w obowiązki. Chyba, dlatego nie potrafiłem tego zrozumieć. Ich jedyną cechą było to, że potrafili się ustawić – bardzo ważna cecha w życiu. Być może to mnie wkurwiało. Jako osoba, która sobie wszystko wypracowała nie potrafiłem zrozumieć tego tzw. ustawiania. Tej gry uśmieszków, gestów, półsłówek, pół znaczeń. Mniej lub bardziej wiążących układzików. Być może komunizm zbyt silnie odcisnął na mnie swe piętno. Być może prowincjonalna mentalność zbyt mocno przesiąkła mą głowę. Być może… A może nie potrafię zaakceptować, że ktoś jest lepszy ode mnie...

            Warszawa…Stolica…Wawka… warszawka... Pomimo wszystko i nade wszystko podoba mi się Warszawa. Podoba mi się ten blichtr, ten powiew luksusu, który jest odczuwalny nie na każdym, ale w wielu miejscach. Podoba mi się samodzielność myślowa i emocjonalna warszawiaków, ich niezależność – pieniądz rządzi światem. Choć wielu mówi, że Warszawa to wieś, ja się z nimi nie zgodzę. Wiem, widzę, zaobserwowałem, że warszawiacy to trochę buraki, którym rozwiązuje się język po drugim/trzecim/czwartym kieliszku, zauważyłem ich pustkę wewnętrzną, pustkę duchową – wypalenie, ale po mimo i nade wszystko mentalność Warszawy jest mi bliska. Jednym z najbardziej reprezentatywnych i najczęstszym miejscem spotkań Warszawiaków jest autobus/tramwaj – każdy skupiony na sobie, na swoim celu, na swojej osobie. Prowincja – wścibski wzrok nalanej kierowniczki jednego z działów urzędu miasta szybko sprowadza Cię na ziemię, wibrując w Twoim ciele gorzką prawdą życiową – nie wychylaj się. Zimne, cwane oczka licealnej kurwy podsycają Twoje kompleksy, z którymi walczysz od tzw. wieków. Władczy, brutalny, bez krzty wątpliwości wzrok murarza wbija Cię w ziemię, a może i nawet pod ziemię. Dwa, trzy metry pod asfalt. Prowincja. Prowincja. Warszawa – chłopak w czarnym za dużym swetrze w za długich włosach pisze tekst do swojej metalowej kapeli. Pani o rubensowskich kształtach, jeszcze w normach ponętności zaczytuje się w romansach, uciekając od szorstkiej rzeczywistości domowych obojętności. Student/studentka powtarza, wciąż powtarza materiał na egzamin – nikt się temu nie dziwi. Dlaczego? Boją się zwrócić uwagę na innych? A może są zajęci sobą? Swoim celem, swoim życiem, swoją osobą. Za to kocham Warszawę. Choć jak mówią ludzie od psychoanalizy: „No i co z tego? Wiesz ile tam ludzi się leczy?” Z czego pytam? Z komfortu? A ja odpowiem ludziom od psychoanalizy: „Do wolności trzeba dorosnąć”. Warszawa. Stolica. Wawka. Warszawka. Tam chciałbym żyć, choć nie wiem czy wirus prowincjonalności pozwoli mi na to. Czy byłbym zdolny pić co wieczór – nie – już próbowałem. Czy ciepła, nieskomplikowana mentalność Lublina pozwoli mi przebić się w wawie. Kiedyś tam wrócę. I jak Mareczek usiądę w Hybrydach, jak pan, panisko, panosze, popanoszę się. Kiedyś. Kiedy? Choć wszędzie dobrze gdzie nas nie ma.

 

 

IV

 

Warszawa to jednak Warszawa. Prawda, co o niej mówią – światowe miasto. Stolica. Jak wiele jest tu możliwości. Jak łatwo jest znaleźć pracę.  Jeśli się tylko chce, można się rozwijać – ale lacha – z taką to bym pohulał – fajne są dupy w wawie – ale ma fajne świetną figurę – poszła – Tak wiele można się nauczyć. Cieszę się, że uciekłem z mojego miasta. Przasnysza i rodzinnej firmy. Tam nie ma przyszłości. Tam nie ma możliwości rozwoju – ten skurwysyn – nigdy mnie nie pochwalił – kurwa jak ja go nienawidzę – te przekrwione oczy od picia wódki – te brudne zęby, które szczerzy przy każdym uśmiechu – i jak bardzo nie szanuje mamy – kurwa, nienawidzę go. Bałem się żeby prowincjonalność nie przesiąkła mojego umysłu. Bałem się, żeby nie weszła mi w krew. Obawiałem się oklapnąć, zwiotczeć, zwiędnąć – piątek, jedziemy na disco – do tej remizy – gówniary się same kleją – już 7:30, żebym zdążył na wykłady – Finanse z tym Szwedem – a później Makroekonomia – i luz – luz jest na tej disco – można wnosić własną wódkę – a jakie lachy – cud, miód, cynamon – 17/18/19 – same się kleją – wreszcie most – zostało mi 15 minut. Zgorzknieć, jak wiele osób w moim mieście, jak moi rodzice. W biedzie, w głupocie, głupocie kompleksach – Lepper to naprawdę mądry człowiek i jaki światowy – ale im pokazał co to Polska w tej całej Unii. Tu w stolicy jest tyle możliwości, ale trzeba znać swoją wartość. Ja znam swoją – 3000 zł brutto. Wiem, ile jest warta moja wiedza. Nie tyle książkowa co życiowa – ładny samochód – to alufelgi? – słyszałem, że dostałeś pracę w banku – zdolny jesteś – ale ten gościo to idiota – musimy się z niego ponabijać. Chcę dużo osiągnąć. Osiągnę. Dużo. Bardzo dużo. Chcę zajść wysoko – dzień dobry panie prezesie – kawa, herbata, whisky – przygotowałam plan dnia – mam pan bardzo ciekawy i oryginalny krawat – kurcze jeszcze 10 min i ten pieprzony korek. Chcę piąć się po szczebelkach kariery.

            Studiuję marketing i zarządzanie na jednej z najbardziej renomowanych uczelni w stolicy. W całej Polsce. – synku, nie spierdol swojej szansy, by ci kurwa łeb urwę. Razem ze mną studiują światowi ludzie. Bogaci. Wykształceni w dobrych szkołach. Synowie i córki dyplomatów, prezesów wielkich koncernów i korporacji – a mój ojciec ostatnio pojechał do Egiptu do pracy. Dzieci prawników i lekarzy. Jeżdżą drogimi samochodami, moi koledzy ze studiów i mieszkają we własnych mieszkaniach – będę mieć takie – będę – będę mieć takie. Wiem, że rodzice im je kupili, ale cóż, rodzina to siła – synku, nie spierdol swojej szansy, bo ci kurwa łeb urwę. Jestem na pierwszy roku i już wiem z kim chcę się zaprzyjaźnić – ale bryka – Honda Legend – granatowa – ja wolałbym bordową – silnik 2.0 – 150 koni mechanicznych. Z synem dziekana, z córką prokuratora i córką ambasadora – a co myślisz o sytuacji Polski na arenie międzynarodowej – co myśli o tym twój ojciec – co myślą o tym politycy. Zrobię wszystko by zostali moimi przyjaciółmi. Po studiach będę mieć kontakty. Pomogę znaleźć mi pracę. I będę mógł się rozwijać. Syn dziekana to w końcu ktoś – kurwa, ale ta Anka to biurwa – gruba jak krowa – a cycki to masz jak koza – idziemy na browca dzisiaj?.

            Nie mam złudzeń. Wiem, że wszystko trzeba sobie wypracować. Trzeba ciężko pracować, ale tu, za pracę, zarabia się godziwe pieniądze – panie Wojtku proszę zrobić mi na jutro ten raport – wiem, że jest późno, ale nasz klient wymaga tego od nas. Można zapewnić swojej rodzinie godziwe życie – kiedy ona ma nie płodne dni – kurcze to już dwa tygodnie – musze ją namówić na tabletki. Nie, nie mam złudzeń. Wiem, że trzeba ciężko pracować, ale znajomości nigdy nie zaszkodzą – kup akcje Orlenu – dostałem cynk. Zresztą kim ja jestem? Moi rodzice ciężko pracują całe życie w swoim sklepie i co mają? Nic. Dorobili się samochodu dostawczego i stu metrowego domu – może mama zrobi zacierkę jak wrócę – moje własne łóżko. Ja dorobię się tego w trzy lata. Chcę być bogaty. Chcę, żeby było mnie stać na wszystko – te najnowsze głośniki to dopiero mają jakość – pani mi jeszcze dołoży ten złoty zegarek. Mnie i moją żonę – kurwa, kiedy będą te dni – nie może brać tabletek – wysiadam – prawie przegapiłem przystanek – kurwa. Nie oszukuję się, kim ja jestem? Pochodzę z prowincji. Nic nie znaczę. – a ty nie masz samochodu?. Moi rodzice nic nie znaczą. Musze być cwany, żeby coś osiągnąć. Teraz jestem nikim, ale za pięć, dziesięć lat będę już kimś – a ty nie masz samochodu?. Będę coś znaczyć. Zresztą nie pcham się na piedestał. Nie chcę być sławny. Wystarczy, że będę mieć pieniądze i Aśka będzie mnie kochać. – ale ty jest głuptaskiem – idź do sklepu – wynieś śmieci. Ona jest jeszcze młoda, głupia. Nie zna życia, ale kocham ją – wiesz, chce mieć wspaniały ślub – i dużo dzieci – a wiesz, że ta Anka z mojej grupy ubiera się na różowo – myślę, że pieniądze szczęścia nie dają. Potrzebuje jej. Jestem taki, że bez miłości wysycham. Potrzebuję czuć się komuś potrzebny. Potrzebuję wiedzieć, że ktoś mnie potrzebuje – a może zrobię Ci jeszcze kolację – pokaż to zadani, zaraz je rozwiążę – no kotku wstawaj, już siódma. Ona się zmieni. Jeszcze jest młoda. Głupia. Jeszcze nie wie, co to życie – chcę iść na koncert Ich Troje, idziemy.

            Na razie mieszkam na Bródnie, ale za rok, dwa, jak znajdę jakąś pracę przeprowadzę się do lepszej dzielnicy – o widzę, że już stoją i kopcą – jeszcze 3 min – ale ten od finansów zawsze się spóźnia. Nie chcę brać od rodziców pieniędzy – synku, mamusia ci dobrze radzi – weź jeszcze kilo kiełbasy – i nie zapomnij zmieniać skarpetek. Sam chcę zarobić. Chcę się stać samodzielny. Może coś w Centrum wynajmę. Blisko kina, teatru. Jutro idę na imprezę ze znajomymi ze studiów, ale się nawalę – chluśniem, bo uśniem – no to cyk. Kurcze, muszę ograniczyć siwuchę, ale cóż, tyle nauki to i trzeba się rozluźnić – kurwa, nie pierdol mi tu, tylko pij – co ty kurwa baba jesteś. Ach, ale się nawalę, żeby tylko Aśka nie jęczała. Ona nie rozumie mężczyzn, ale kocham ją

- Cześć. Jest już Szwed? Wiecie, że jutro jest kolokwium – powiedziałem.

 

 

 

 

 

V

 

Dziś znów siedzę w ławce. Jestem spanikowany. Tak dawno nie byłem tak blisko z ludźmi. Wzieli mnie w klaszcze swych ud, klatek piersiowych, głów – myśli. Trzydzieści centymetrów od tej panienki – nawet niezła 8/10 – fajne buty – punkowe marteny w kwiaty. Z drugiej strony gówniarz, osiemnaście, góra siedemnaście lat – mieć takie włosy – blond, kręcone sprężynki – każda panienka leciałaby na mnie. Bliskość mnie boli. Bliskość mnie rani. Potrzebuję przestrzeni. Od dwóch lat pracuje. Od dwóch lat nie jestem już studentem, ale gorzkie, cierpkie, cierniowe wspomnienia pozostały. W pracy każdy zna swoje miejsce. Każdy skupiony na sobie. Na swoim celu. Na swojej osobie. Taka mała stolica wolności na prowincji bezmyślności. Można się ukryć. Można się schować. W robocie. Praca jak matka, przyjaciel i kochanka – daje ci poczucie bezpieczeństwa. To nie doświadczysz głębszych relacji, tu nie poczujesz gmatwaniny emocjonalnej – chyba jestem prosty – a może za długo byłem w Ameryce. I znów siedzę w ławce. Po co? Sam chciałem. A może to media narzucają wszystkim, że tylko studia w prostej linii prowadzą do bogactwa, szczęścia i wiecznej przyjemności uśmiechów przy kuflu piwa w puszczy Solskiej, gdzie żyją żubry. A może to anonse towarzyskie karzą myśleć o studiach – „para on-30/ 180/80, ona-28/175/60 – wykształceni, dobrze zarabiający, higieniczni szukają drugiej pary”. A może kult grupy, siły, przebicia braci studenckiej karzę wierzyć w wykształcenie. Ja jestem samotny. Jestem samotny w pracy. Jestem samotny na ulicy cieszę się. Jestem sam na sam z robotą, którą muszę wykonać, z zadaniem, które cokolwiek ma się wydarzyć ma być wykonane. Jestem samotny na ulicy, w autobusie, w sklepie. Jestem sam. Sam ze sobą. Wsłuchuję się w swoje myśli. Wpatruje się w duszę, po przejściach. Niczym rzeźbiarz tworzę siebie z siebie… Wiszę na swoich ramionach, myślę własnymi myślami, płaczę jak przychodzi jesień i bzykam/zakochuję się, gdy pierwsza trawa się zazieleni. Podmalowani faceci z małego ekranu, powiedzą – jesteś wariat – outsider. A ja im powiem jestem free.  Odnajduję przyjemność w samotności. Odnajduję ulgę od napastliwych spojrzeń, omiatającego wzroku dziesięcioletnich dziewczynek z tapeta na twarzy, w klapkach na obcasach, z torebką u zwisającą z ramienia. Zgodzę się – outsider. Choć cieszę się, że w takim kraju mogę tak być nazwany. Dziś siedzę w ławce. Panikuje. W żołądku czuje galop słoni. Usta drżą, oczy łzawią. Po co? Bo chcę się uczyć. Chcę się dowiedzieć nowych informacji. Chcę coś umieć, a nie tylko wiedzieć.

- A teraz wstańcie z miejsc i poznajcie się. – jedyny promyk słońca w tej sali. Dziewczyna, która uśmiechnęła się do mnie.

Więc podchodzę – jakieś bzdury – cześć, bla bla, jestem Piotrek, bla bla , dwadzieścia pięć lat.

- Miło Cię poznać. Jestem Wioletta. Wioletta Krzyż. Wydajesz się być ciekawym gościem. Studiuję prawo i mam w dupie całą tą bohemę artystyczną. Pseudo-artystyczną. Wszystkich ciągnie do sztuki. A ja chce mieć rodzinę i żyć na godnym poziomie. Mam gdzieś sławę. A Ty, czym się zajmujesz? Nie wyglądasz jak każdy z tych obciachowych gości, którym mamusia z tatusiem kazali dokształcać się albo tych co to z owczego pędu uczą się angielskiego.

Kuuuurwa. Co z laska? Wioletta Krzyż. Wiolka. Skrępowany jej ekshibiniconizmem. Skrępowany jej niczym nie skrępowaną otwartością. Uwiązany swoim skarłowaciałym życiem szukam słów, odpowiednich słów w głowie. Żeby na durnia nie wyjść. Żeby dobre wrażenie zrobić. Otwieram usta, jeszcze nie wiedząc, co powiem, bo i tak wiem, że każde słowa zabrzmią jak brendzlarskie wynurzenia. Więc spinam się w sobie. Może coś oryginalnego powiem.

- A ja uczę się, żeby zwiększyć swoje kwalifikacje zawodowe. – oczywiście kłamię (ale tak lepiej brzmi), przecież pracuję w małej firmie matki gdzie ani jedno z nich, nie zna ani be ani me po angielsku. – I piszę wiersze.

- Be, afe, no nie, wiersze? Wyglądasz na inteligentnego… Wiersze? – Przerywa mi w połowie zdania.

- Wracajcie na miejsce – dzięki Bogu, lektorka przerywa nam w połowie rozmowy.

Wracam na miejsce. Patrzę na nią – ona się uśmiecha. Wioletta. Wioletta Krzyż. Nie słyszę co do mnie mówi lektorka. Przecież tu i tak nic nie uczą. Płace gruby szmal, moja matka w zasadzie, a tu i tak nie potrafię ci sensownie odpowiedzieć na twoje pytania. Wszystkiego trzeba się uczyć samemu.

Zdziczałem. Rozpiłem się. Zapuściłem. Rok siedzenia w domu i już nie wiele jestem wart. Całe szczęście, że znam angielski – jakąś szansa na kontakt z ludźmi. Opowiadam jakieś bzdury, żeby wyjść na lepszego niż jestem. Udaje jakiegoś macho. Pozuję na szorstkiego faceta. Ale oni i tak wiedzą, że jestem słaby. Oni to widzą. Ale ja mam to w dupie. Dla mnie najważniejsze jest jak ja się czuję. Potrzebuję tej zasłonki, maski, autokreacji. Inaczej bym zdechł. Inaczej bym zwiądł. A tak przynajmniej czuję, że coś znaczę.

Koniec zajęć. Ta suka lektorka, lekceważąco patrzy mi w oczy. Uśmiecha się lekceważąco i tak samo mówi mi część. Więc cześć.

 

 

VI

 

Marta obudziła się rano. Jak zawsze skoro świat, aby na godzinki zdążyć i tak jak Jezus przykazał zanieść trzy kury, nioski oczywiście, proboszczowi, choć pół nocy nie mogła tego przeboleć. Budziła się a to zasypiała. Zasypiała, aby za chwilę znów się przebudzić. Coś ją uwierało. Choć aniołeczek dobrze się spisał z wieczora, to te trzy kurki, ptaszki boże, które w niedzielę miały zagościć na proboszczowym stole nie dawały jej spokoju ducha. A i jedną pewnie pośle do biskupa. Tą dorodną. Tą najbardziej tłustą. Tą najładniejszą. Zasypiała z uśmiechem na ustach, to już, gdy oczy ciążyły, gdy zmęczone ciało odmawiało władzy nad sobą, gdy ciepło anielskiego ciało tuliło ją do snu, wprowadzało w rajskie krainy, wtedy właśnie ból straty trzech niosek zaczął wibrować w jej głowie. Tak je doglądała, Tak je pieściła. I ziarna nie żałowała. A ile jajek niosły… Ale co jaki i Jezus przysięgi dotrzymał, tak i ona dotrzyma.

Jezus to w ogóle dziwny. Niby chłop, ale takie delikatny. Mądry taki, a i wódki pewnie nie dotknie. I mówić tak ładnie potrafi. Nie żadne krucafuksy. Nie żadne karczemne odzywki, ale tak czule, że i nawet z kobietą potrafi pogadać. Ale nioski… Spuszcza więc swej nogi z łóżka, dorodne, bawole, żadna z niej paniusia i ręką sięga budzić aniołka. Nie chce patrzeć. Za krótko się znają. Wzrok odwraca Tylko do tyłu ręką maca. Jeszcze po pośladkach się podrapie, włosy poprawi, herbaty z nocy sobie łyknie i budzi aniołeczka. A tam nic. Pusto. Same skrzydła zostały. Patrzy pod siennik. Krzyczy. Woła, lecz po nim tylko zgniecione skrzydła i plama święconej wody zostały. Klęka. Ola boga woła. Wznosi ręce w górę i kątem oka spogląda na tą plamę. Ni to ze strachu, nie z zabobonu macza palca w plamie i trzy razy jak prawosławni żegna się. „Zgniotłam. Zgniotłam. Ot ja baba aniołeczka zgniotłam. Toć on delikatny, skóra i kości, a ja baba na schwał. O ja biedna. O ja głupia. Aniołka zgnieść. To mi Jezus teraz da. Nie trzy a trzydzieści kur będę musiała do naszego proboszcza zanieść. Co ja głupia narobiłam. Oj babo, babo, masz Ci placek”

Marta ubiera się szybko. Włosy poprawia. Niedzielną sukienkę wkłada, tą od żydów z targu. Czarną odświętną. Pantofle ledwo się już na stopy mieszczą, lecz wkłada, wybiega z chaty, już nie te trzy kury jej w głowie, żeby na trzydziestu się nie skończyło myśli i do Jezus przez wieś biegnie. Już się chłopy śmieją. Już przekupy przy płocie plotkuję. Wbiega więc do Jezusa i od progu płaczem się zanosi.

- Jezusie. Jezuska. Zgniotłam. Jezusie daruj mi. Na moim Wojtku to i pół nocy mogłam leżeć a on nawet okiem nie mrugnął, a aniołeczek delikatne stworzenie i pod taką jak babą w wodę święconą prysł. Daruj. Daruj Jezusie. Cóż mam czynić. I krowę na parafię zaprowadzę, choć żebyś w połowie mi odpuścił. Daruj. Jezusie daruj.

- Uspokój się Marto. – za stołem siada i nalewki na żołędziach jej nalewa dla uspokojenia nerwów. – Uspokój się Marto. Daruje. Daruje.

Marta stoi patrzy. Jezus spokojny. Nic ze straty anioła sobie nie robi i nawet żołędziówką częstuje.

- Ale cóż mi czynić? Po twoim aniołku tylko plama została i garść pierza. Cóż mi czynić Jezusie? Nie każ tylko srogo. Wszystko zrobię. I w kościele będę podłogi po każdej mszy zmywać, tylko nie każ. I krowę oddam. I tego łachmytę moje brata, pijaka, studenta do domu wezmę. Tylko nie każ.

- A ja Ci powiem inaczej Marto. Masz tu książkę.

- A po co mi książką – przerywa w połowie zdania – Jam jest prosta kobieta i taką chce pozostać. Mi te czcze gadanie do niczego nie potrzebne.

- Marto. – Jezus zmarszczył brwi – Czytaj.

- Ale Jezusie nie ma innej drogi. Ja nie chcę. Ja się boję. To nie dla mnie.

- Marto, czytaj!

Marta spojrzy na książkę. Spojrzy na Jezusa i żołędziówki sobie dolewa. „Ot to przyszedł czas na mnie. Książki czytać. O to mi niedola”

- Masz tu książkę i jak skończysz przyjedziesz do mnie.

 

 

VII

 

A to skurwysyn. Myślałem, że jestem jego przyjacielem. Myślałem, że mnie lubi a to zwykły kawał palanta. Myśli, że jest niewiadomo kim. Tatuś, rektor, przepycha go przez studia to wydaje mu się, że na wszystko może sobie pozwolić. Tak się zawieść. Gdzie ja miałem oczy? Wiedziałem, że to warszawka, ale żeby tak podchodzić do ludzi, żeby traktować ich jak przedmioty do wykorzystania? Nie. Nie zgodzę się na to. Ale on rządzi na studiach. Żeby nie narobił mi żadnych kłopotów. Wszystkich okręcił sobie wokół palca. Bo, kurwa, ma samochód, pieniądze i tatuś jest rektorem. Kurwa, co to teraz robić? Ja będzie chciała to mnie zniszczy. Muszę uważać. Może go jakoś podejść. Może zaprosić go na wódkę, chociaż to nie ten typ co po kieliszku powie Ci co mu na wątrobie leży. To typ fircyka warszawskiego. Taki co mów ci, że jesteś fajny, spoko, dobry kumpel, a jak się tylko odwrócisz wbije ci nóż w plecy. Kurwa, co tu robić? Przecież on może mnie zniszczyć. Może zrobić tak, że nigdy nie skończę studiów. A co wtedy? Kurwa. Po co chciałem być na świeczniku. Po co chciałem się przyjaźnić z tymi żmijami. To warszawskie skurwysyny. Uśmiechają się do ciebie jednocześnie myśląc jak cię wykorzystać. Co ja głupi narobiłem? Chciało mi się pchać do high-life’u. Teraz będzie opowiadał wszystkim jaki ze mnie dupek i burak z prowincji. Pewnie nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Każdy będzie spuszczać wzrok na mój widok. Kurwa…

            Na razie muszę iść do pracy. Jak będę ciągle o tym myśleć to zwariuję. Drugi rok to czegoś zobowiązuje. Na szczęście przyjęli mnie do pracy. Niby nic, ale zawsze jakieś doświadczenie można zdobyć. Niby nic – odbieranie telefonów wieczorami w firmie audytorskiej, ale zawsze jakieś nowe kontakty. Kurwa, kontakty. Kontakty? Już chciałem sobie ułatwić. Chciałem się zaprzyjaźnić z synem rektora, a on mnie wykorzystał. Myślałem, że sobie ułatwię, a teraz mam jeszcze bardziej pod górkę. Nie chcę o tym teraz myśleć. Muszę jechać do firmy. Psie pieniądze, ale doświadczenie zdobyte będzie procentować. Może poznam kogoś fajnego. Może pomoże mi znaleźć lepszą pracę. Akurat. Każdy z tych chujów warszawskich martwi się o siebie. Zamiata kasę dla siebie. W domu to było dobrze. W firmie rodziców. Ojciec trochę pokrzyczał, ale zawsze pomógł. Mama wspierała mnie. A tu – dziki świat. Dżungla. Ale jestem silnym facetem. Poradzę sobie. Żeby tylko do przerwy zimowej wytrzymać. Pojadę do domu. W domu wszystko na spokojnie przemyślę. Z ojcem może piwo wypiję, mamusi się poradzę. Ona ma dla mnie zawsze czas. Zawsze przytuli, powie co mam robić. Domyśli się na pewno, że mam kłopoty i coś mi pomoże. Dobra, jadę. Muszę być o szesnastej w firmie. Cztery godziny pracy przez miesiąc i tysiak na rękę. Może kupię coś Monice. Mówi, mi ciągle, że jestem głupi i nic mi się nie uda, ale ja w to nie wierzę. Jest jeszcze młoda. Na chemii nie ma takich układów jak u mnie na ekonomii. Ona myśli, że krzykiem się zdobywa świat. Że pewnością siebie można osiągnąć sukces, a ja wiem, że to nie prawda. Tylko cwaniactwem można coś osiągnąć. I cichością serca, jak Bóg przykazał. Kurwa, już mi to cwaniactwo bokiem wyszło. Chciałem się wycwanić i z warszawką się poznać. Myślałem sobie – będzie łatwiej, coś pomogą, wprowadzą mnie w układy – a tu gówno. Wykiwali mnie. Ale będę mieć układy. Będę mieć znajomości. Będę szanowany. I przez nich i przez Monikę. Oni jeszcze zobaczą. Jak skończę studia będę mieć kasę – wtedy będą chcieli się ze mną przyjaźnić. Wtedy będą mi schlebiać, a ja ich wykorzystam, jak oni mnie. Wtedy ja im powiem: - No nie bądź śmieszny facet. Życie to nie film.

            Wiem, że muszę iść sam. Wiem, że muszę się uczyć i pracować, ale jest mi smutno, Jest mi źle. Nie mogę na nikim oprzeć głowy. Z ojcem to się piwo wypiło. Mama zawsze coś mi poradziła, a tu jesteś tylko sam. Warszawa. I jeszcze Monika. Ciągle się mnie czepia. A to, że to robię źle, a to że tamto i powtarza mi, że jestem naiwny, że i tak mnie wykorzystają. Że tylko mi się wydaje, że jestem cwany, a oni mnie i tak wykorzystają, przeżują i wyplują jak gumę do żucia. Ale ona się nie zna. Jestem cwany i wiem, że osiągnę sukces. Będę mieć kupę układów i nie będę musiał pracować, tylko inni będą na mnie pracować, ale na razie muszę iść do pracy. Może zaprzyjaźnię się na studiach z Anetą. Ona taka cicha, spokojna, ciągle przestraszona. Może jej trochę pomogę. Pokażę jej inny świat. Zabiorę na piwo. Na pizzę. Może nie będzie już taka zahukana. Skubana same piątki dostaje, a tak mało mówi. Musi być zdolna, a wygląda na taką głupią. Dobra idę do roboty. Muszę jakoś uodpornić się na złośliwości warszawki. Po co mi było wpychać się do tych sępów. Po co mi się chciało wpychać w ten świat. Oni wszyscy myślą tylko o jednym – jak osiągnąć sukces – za wszelką cenę – na cudzych plecach. Po co mi to było? Po co? Kurwa. Na razie nie myślę o tym, idę do pracy. Wieczorem się zastanowię.

 

 

VIII

 

Siedzę w knajpie. Czekam na śniadanie. Obskurna knajpa. Obskurne, wulgarne miejsce. Palę papierosa. Strzepuję go trzy, a może cztery razy za każdym razem. Coś jest w powiedzeniu, że pistolet i papieros to przedłużenie penisa. Dotykając penisa czujesz się pewniej. Tak jak czując w kieszenie broń i idąc ulicą paląc papierosa. To chyba wstyd. Kompleks samego siebie. Tylko czując oparcie w penisie, broni lub papierosie czujemy się mężczyzna. A kobiety? Kobiety chyba też są atrybutem dowartowościującym mężczyznę. Młoda, ładna, zgrabna potrafi sprawić, że mężczyzna czuje się lepszym niż jest.

            Kilku mężczyzn, typ gangstera, krótko obcięte głowy, srebrna bransoleta o grubych oczkach na nadgarstkach i kolorowy sweter, ściśle przylegający do ciała. Boję się ich. Choć nawet nie wiem dlaczego. Może boję się przesiąknąć mentalnością ich świata. Szorstkim, obskurnym, pozbawionym nadziei i wiary w przyszłość jak odłażąca farba z klatek schodowych trzydziestoletnich mieszkań ich duszy. Boję się rozglądać na boki, choć siedząc skupiony, zgarbiony jeszcze bardziej zwracam na siebie uwagę.

            Po co tu przyszedłem? Zadaje sobie to pytanie, które obija się po moim umyśle, jak ćma obijająca się od żarówki, próbując za każdym razem zasiąść na niej. Spoglądam na kiczowate obrazki. Jeleń na żerowisku, konie i wiejskie chaty w złotych oprawkach. Chyba wiem, że takie życie nie istnieje. Wiem, że moja codzienność jest tak kiczowata jak te obrazki. Spoglądam jeszcze raz. Wpatruję się w nie izolując od tła otoczenia. Czuję się lepiej. Mój umysł zaczyna wypełniać otucha. Jednak wierzę w ten świat, choć kiczowaty i nierealny. Jaskrawe kolory wyraźnych kontrastów dobra i zła, i złota ramka bezpieczeństwa przesiąkają moje serce ciepłem.

            Odwykłem od ludzi. Odwykłem od życia. A może wcale go nie znałem. Ukryty za zasłoną własnych myśli nie dostrzegałem rzeczywistości bądź postrzegałem ją jako coś odrażającego, nieznośnego i niezrozumiałego. Dziś mnie ona przytłacza. Muszę z nią obcować. Nie na Pan/Pani, lecz na Ty. Mówić do niej – „Moja słodka.”, „Moja droga” i prawić jej komplementy, choć na nie nie zasługuje. Rzeczywistość przygniata mnie do chodnika, tak nisko, że nie mogę nabrać oddechu.

Zbyt wiele czasu spędziłem przy książkach, gitarze i komputerze. A może nie. A może nie? A może idę właściwą drogą. Może zbyt wiele wymagam od siebie lub wymagając nieodpowiednich rzeczy. I tak trzeba iść. Iść swoją drogą. Zawsze chciałem być mądrzejszy, silniejszy, cwańszy. Od innych. Zawsze chciałem być o jeden krok do przodu. Pójść o jeden krok dalej. Czy to dobrze? Nie wiem. Taki już jestem. Czy to źle? Chyba nie. Każdy człowiek ma swoją drogę. Swój czas. A i tak każdy cierpi w samotności i na swój sposób.

Wyciągam drugiego papierosa. Po co? Nie chce mi się palić. Chcę mieć jakieś oparcie. Pragnę mieć czyjeś wsparcie. Więc palę. Zadymiam kompleksy. Zadymiam uczucia. Zadymiam wrażliwość. Zbyt intensywne są dla mnie kolory życia. Jak na tych obrazkach. Choć w rzeczywistości nie wiadomo co jest dobre a co złe. Co jest czarne i białe. Może istnieje zielone, czerwone, niebieskie? Cały jestem jak miernik czyichś uczuć. Jak medium, które potrafi czuć emocje innych, lecz nie potrafi się do nich zdystansować.

Życie. Życie to szkoła. Liceum? Podstawówka? Studia? Szkoła charakteru. Przetrwania. Silnej woli. Szkoła, choć nierzadko trudna i bolesna zawsze sprawiedliwa i bezstronna.

Spoglądam jeszcze raz na obrazki jeleni. Jakże pragnąłbym być tak dumny, tak pewny siebie, tak męski jak to zwierze. Być może inna dziedzina życia jest mi pisana. Być może zawsze będę gonił za niedoścignionym a otrzymywał od życia to co mam w nadmiarze. To co jest dla mnie tak powszednie i codzienne. Monotonne. Monotonne. Monotematyczne. Szare. Nie wiem. Życie to pokaże.

Tym razem strzepuję tylko dwa razy. Moje ramiona podniosły się w górę. Postura jest bliższa pionu. Czy ty też lubisz doświadczać? Czy ty też lubisz poruszać się w rzeczywistości jak ryba w wodzie? A może rzeczywistość nie istnieje. Może świat to projekcja naszych myśli i ich wyobrażeń. Nie wiem. Mam dość myślenia. Czym więcej palę tym więcej myślę. Czym więcej myślę tym bardziej się boję. A palę żeby przestać się bać. Przypomina ci to coś.

Zamówiłbym piwo, aby utopić w nim żale, aby moje myśli stały się tak lekkie jak piana, aby wtopić się w knajpę. Lecz w myśli mówię – „Nie”. Nie piję już dwa lata. Nie chcę zaczynać od początku. Mówię – „Nie”. Zdecydowanie nie. Kończę papierosa w połowie. Odbieram kanapki i wychodzę. Następnym razem już nie będę siadać. Pogadam z właścicielem i rzucę okiem na te kiczowate obrazki. Dziś napiszę wiersz. Pod tytułem „Kiczowate obrazki”.

 

 

 

IX

 

Zima. Wracam z „wykładów”. Idę uliczką w wąwozie. Między Jana Pawła a Bursztynową. Za moimi plecami kościół, przede mną kościół, a pomiędzy przyroda pokryta śniegiem. Gruba pierzyna puchu pokryła ziemię. Gdzie niegdzie widać wystające krzaki. Brązowe. Potargane. Zniszczone. Ostatni przetrwańcy lata i wiosny.

            Idę. Palę papierosa. Jak Humprey Bogart. W kąciku ust go trzymam. Jak Rick w Casablance. Nawet nie podnoszę oczu. Nie wbijam wzroku a nią. Zimę. Ona to nie kobieta. Kobiety przeważnie miękną. Ona nie. Jestem zmęczony. Zgniły jak ta resztka zieleni. W środku wegetuję ostatką soków wyssanych ze słońca. W środku jestem lodowaty. W środku jestem zimny. Jestem pusty. Spustoszony przez zimę doświadczeń.

            Mróz otulił mnie w swe ramiona nie pozwalając złapać oddechu. Krzty wytchnienia. Kruki z pobliskiego lasu przeleciały nad moją głową. Ich wołanie do słońca, modły do Boga natury, wyrywają mnie z marazmu. Wieczni samotnicy, choć zawsze w stadzie. Bez przywódcy, polując na strawę. Może duchową. Wyrywają mnie z odrętwienia zimą. Zmiękczają szorstkość mrozu. Choć na chwilę. Choć tylko w moich myślach robi mi się cieplej.

            Palę. Papierosa. Jak Humprey Bogart. Podnoszę wzrok. Bez cienia odrazy na nią. Zimę. Spoglądam na linię horyzontu, która  układa się z ta porą w taniec godowy. Zasypiają razem i budzą się obok siebie. Nieodłączni. Nie wadzą się. Nie kłócą. Muszą egzystować obok siebie. Uzupełniając i dopełniając. Tak jak ja jestem ich elementem. Samotny człowiek na dnie doliny, brnący przez śniegi, wpatrzony w horyzont. Czarny ludek pośród śniegu i wiatru. Niczym więcej nie jest człowiek dla i pośród natury. Małym słabym stworzeniem. Małą istotą zależną humorów pogody, niskiego ciśnienia mrozu i napastliwego wiatru.

            Podnoszę wzrok. Przede mną Sacrum i Profanum. Po lewej szkoła. Po prawej kościół. Pierwsza imienia Jana Pawła. Drugie pod wezwaniem Matki Boskiej. Której? Nie wiem. Tyle ich jest. A między nimi dróżka. Po której i ja idę. Chodzę. Balansując pomiędzy świętością i diabłem. Między Sacrum i Profanum. Podobno dzieci są najbardziej przyziemnymi istotami. Jeszcze nie muszą uciekać od gorzkiej rzeczywistości. A i kościół, na przekór pozorom, jest bardziej ziemski niż się  wydaje. Emanacją Boga na ziemi. Dom boży. Świątynia. Idę i patrzę.

Zima nie pozostawia nadziei. Otoczki. Pozorów. Świętości. Diaboliczności. Po prostu jest. Wszechogarniająca biel a z niej wyrastające szkoła i kościół. Sacrum i Profanum. A ja między nimi. Na granicy. Na ścieżce balansującej między dobrem i złem. Między mniejszym a większym dobrem bądź złem. Które jest mniejsze, a które większe? Tego nie wiem.

Gryzący, przyziemny, ziemski wiatr dopada mnie u szczytu wąwozu. Przypominając, że jestem człowiekiem. Ziemską istotą, której prawa boskie nie są pisane, aby pojąć. Więc przemykam obok szkoły i kościoła. Między Sacrum i Profanum. Jestem głodny. Dym papierosów wypełniał mój żołądek przez cały dzień. Kawa napędzała mnie swą adrenaliną, abym nie poddał się naturze. Zimie. Najsurowszej z kobiet. Abym mógł się od niej odciąć o dalej podążać swoją drogą. Wzlecieć w Sacrum stąpając po Profanum. Pojmować Sacrum i obcować nieziemsko w Profanum. Na granicy, idąc ścieżką między szkoła a kościołem, w pełnym blasku zimowego, kruchego blasku słońca.

 

X

 

- To, co świętujemy. Osiemnasty Marca. Urodziny Adama. – wstał z kanapy, do której dosunięty był stół – Adaś, życzę Ci, żeby Ci się wiodło. Życzę Ci, żebyś dostał pracę, ale pamiętaj Adaś nie lepszą od mojej – podniósł kieliszek do góry – Adaś i żeby Ci żaden skurwysyn nigdy nie mówił co masz robić, no chyba, że będę twoim szefem – zaśmiał patrząc głęboko w oczy Adama – Adaś i żeby ci się w rodzinie układało. Żebyś nie mieszkał w takiej obskurnej kawalerce. Żebyś nie musiał jeść kanapek. Nawet gdyby były przypiekane w opiekaczu za tysiąc złotych. I żebyś nie musiał słuchać krzyków sąsiadów zza ściany. – zrobił pauzę – Adaś, wszystkiego dobrego. Aż mi się łza za kręciła w oku. – znów się zaśmiał patrząc w oczy Adama – To co chluśniem bo uśniem. Zdrowie wasze w gardło nasze. – wszyscy podnieśli kieliszek do ust, aby zaraz po wypiciu sięgnąć po colę, fantę albo zagryźć śledzikiem.

Siedzieli przy starej kanapie w wynajętej kawalerce. Po prawej stronie we wnęce znajdowało się łóżko jego kolegi, prawnika, na które wychodziło okno z małej kuchni. Po drugiej stronie na wprost łóżka Adama znajdował się na szafce telewizor a pod spodem wieża i głośniki po bokach. Stół był suto zastawiony jedzeniem. Śledziami, kiełbasą, chlebem, ciastem, ale wszyscy zwracali uwagę tylko na alkohol. Wódkę, piwo i wino.

            Z głośników sączyła się muzyka. Trip-hop. Acid-jazz. Portishead. I wszechobecny Kazik. Kazik na żywo ale w studiu. Kult. Kazik z Litzą. Kazik z Deriglassofem. Kazik śpiewający piosenki swojego ojca. Siedzieli i pili wódkę.

Po trzecim kieliszku ich usta się rozwiązały, lecz nikt nie mówił prawdy, co czuje, co myśli: kurwa, ale ten Szwed to idiota – u nich się pewnie wcale nie ściąga; byliśmy wczoraj w klubie, zjadałem się na beton; nie wiesz gdzie można kupić tani płaszcz? – chyba w galerii centrum. Nikt nie mówił: chcę być wielki, chcę być bogaty, chcę żyć godnie i wygodnie, chcę się usamodzielnić od rodziców. Każdy w cichości serca chwalił swojego boga – cel. W życiu.

- Adaś a co u twoich rodziców? Dalej mają tą masarnię na wsi? – krz

Dodaj nowy komentarz
Autor: (dodaj na początku NOSPAM)
Email: (dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
 
  STRONY PARTNERSKIE I POLECANE PRZEZ MAGAZYN CEGŁA  
   
  Portal turystyczny Noclegi-Online Wrocław  Kalambur