Gra

Od 08.06.2010 uruchamiamy konkurs pod hasłem "Podwodna Sestyna", wpisujący się w klimat mundialu 2010. Najciekawsze propozycje uhonorowane zostaną nagrodą finansową w wysokości 100 zł oraz nagrodami książkowymi. Konkurs trwa do końca września 2010 roku.

Wybierz po jednym słowie z każdego kolejnego rzędu. Podaj swój e-mail. Na twoją skrzynkę system prześle 6 słów, na podstawie których należy stworzyć sestynę.

1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57
58
59
60
Podaj swój adres e-mail :    




Zwycięskie sestyny:



edycja grudzień 2009


Urszula Policha.

Studentka resocjalizacji. Mól książkowy. Zwolenniczka
ostrych cięć w poezji. W wolnych chwilach puszcza bańki mydlane i lepi
słowa. Zwyciężczyni bitwy na 7.


W Klubokawiarni

 

Zwykła przepychanka kilku głosów. Słowny Bilard.

Staram się złożyć ją. Niezbędnik – Klej.

Każde słowo nawodnione jak Melon –

z soczystości dzikiego snu przebudzony smok.

A słowa i zdania to niewierna dama,

co uruchamia mechanizm znaczeń – Roussel.

 

Wyrazy stają się obsesją. Roussel –

owskich tajemnic pointa rozbiciem kul. Bilard

znaczeń i westchnień. Gestykuluję jak dama,

i zmrużone mam usta. Klej

czyni z nich tajemnicę. Są jak smok,

który chowa się w pieczarze. Przegryziony na stole on. Melon

 

zielonomieniący się. Melon

przybiera postać nabrzmiałego pojęcia „Roussel”,

co przebiega kwestią jak gramatyczny smok.

Spory nierozegrane. Bilard.

A smutni Panowie zdmuchują kosmyki z czół lepkich. Klej,

kiedy nie patrzy dama.

 

Rozkojarzona jest dama,

gdy spada gest mężczyzny jak Przejrzały Melon.

Iks. Igrek. Zet. Połączone. Na. Klej.

Słowa, zagadki i  Roussel.

Po trzeciej ćwiartce powtarzane zdania. Bilard,

gdy w snach już tylko ziejący smok.

 

Narysowany na romansowej szybie smok,

a przy drewnianym stole dama

rozpoczyna swój Uwodzicielski Bilard,

Ubierając usta w słowa nabrzmiałe jak Melon.

Szepcze słodkie tajemnice przy roznegliżowaniu zdań. Roussel

mlecznobiały. Klej.

 

Łączy wilgotne skóry. Klej

za powiekami zmęczony słowny smok

na przymglonych korytarzach Roussel –

a przy tym śmiejąc się dama

do luster pozorów i przypadkowych dotknięć miękkich. Melon

toczący się po stole. Bilard

 

wątków. Bilard palących obietnic. Klej -

one kuszą jak w Jego dłoniach. Melon wyssany ze słów to smok

wyszyty na piersi. To barowa dama. WÓDKA PLUS ROUSSEL.



Robert Rusik

ur. w 1973 roku w Olkuszu, W 1998 roku ukończył studia na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.  Debiutował miniaturą "Show" zamieszczoną w 29 numerze magazynu literackiego "Szafy", publikacje na łamach czasopism „Cegła” i „Kozirynek”. Otrzymał też wyróżnienie w konkursie satyrycznym „Złoty bucior”oraz konkursie „Strachy na Lachy”, główną nagrodę w  II Starciu Literackim „Mroczna Miłość” portalu erynie.pl a także w konkursie „Miniatoricum” organizowanym przez portal weryfikatorium.pl.

Phonotypia

 

Zostawiam za sobą kości, poker,bilard,

Nie dla mnie od teraz już ruletki koło. 

Przy nabrzeżu czeka moja "Phonotypia",

Czas płynąć... Choć czekać będzie wciąż pasterka,

O nogach jak łania, o włosach jak sepia,

Inną miłość spijam... Bezkresne podróże...

 

Tak! Trójkątny żagiel, samotne podróże,

Rzucany przez fale, niczym morski bilard,

Zbuntowane morze, nieboskłonu sepia,

delikatnie skręcam sterownicze koło.

Zniknęła w niebycie powabna pasterka,

Serce me zajmuje tylko "Phonotypia

 

Żona i kochanka, moja "Phonotypia",

Szepty wiatru w żaglach, intymne podróże.

Nigdy nie da tego mi moja pasterka...

Fala pieści falę, oceanów bilard,

Przesiąknięci sobą zataczamy koło,

Na zewnątrz bałwany, a pośrodku sepia.

 

Ciało me lekko drżące, dusza niczym sepia...

Pędzi naprzeciw sztormom, dzielna "Phonotypia".

Skarbie! Kurs na północ! Tam lodowe koło!

Niechaj trwają przez wieki cudowne podróże,

W miejsca, gdzie lodowców trwa śmiertelny bilard,

Mrok, którego nie zna przepiękna pasterka.

 

Wie, że do niej nie wrócę, samotna pasterka,

O skórze jak jedwab, o oczach jak sepia.

Gdy rozgrywaliśmy nasz miłosny bilard,

Przy brzegu czekała tęsknie "Phonotypia"

Jak spragniona kochanka... Ruszamy w podróże.

Pędząc ku szaleństwu pieszczę steru koło.

 

Gdy historia zatoczy swe posępne koło,

W innym porcie czekać będzie znów pasterka,

A my wyruszymy w dalekie podróże,

Na morski kobierzec, czarny niczym sepia,

Ja i ma kochanka, wierna "Phonotypia",

Zagramy z kostuchą w jej śmiertelny bilard.

 

Poker, kości, bilard, i ruletki koło, w porcie "Phonotypia"...

Zostanie pasterka o oczach jak sepia... Przede mną w nieznane

Kolejne podróże...

 

 

 

Szymon Stoczek

urodzony w Rybniku, studiuje we Wrocławiu Filozofię, pisze prozę i poezję. Chwilowo nie ma nic więcej do dodania.



Parter, pierwsze piętro

 

Pierwsze słowa przechodziły przez nas z trudem. Wspominam refreny

dyskotekowych kul( ten sam odcień błękitu, szare korale). Parkiet

 był wygrawerowany cudzymi krokami, nim słodka ogrodniczka

nie stała się tobą. W kostnicy

nie zakwitł bluszcz, a żongler

przestał wreszcie kraść papierosy Gilette

 

a zaczął kraść samą Gilette.

Pamiętasz? Wiecznie słyszę te same refreny

miłość, śmierć, stół odgłosy upadku piłeczek, które zbiera żongler.

Szuranie krzeseł o parkiet,

kiedy robi się miejsce i robi się cicho jak w kostnicy,

nim ty, piękna ogrodniczka,

 

nie wyrwiesz mnie z korzeniami. Wstaje, tańczę. - Kim jest ogrodniczka

- pytają,  a my wirując pozostawiamy ich z pyłem (tylko Gilette

zna prawdę o bogach konfetti). W kostnicy

zmarli powtarzają sonety, refreny

z okolic czaszki. -Parkiet

to gra dla obu półkul - twierdzi naćpany żongler,

 

kiedy ludzie powoli dzielą się znów na dwoje, a żongler

odsuwa się na pobocze rytmu. Ogrodniczka

stukając nóżką, prosi do tańca. Parkiet

to winylowa płyta - szepczą pary trzęsąc biodrami. Gillete

rysuje igłą przestrzeń, burzy refreny,

linie melodyczne katakumb (w kostnicy

 

kochankowie wydmuchują szklane serca, w kostnicy

dzieci szkicują innych dorosłych.) Żongler

zaciera znaki, samopowtarzalne refreny:

 miłość, śmierć, stół . Zdziwiona ogrodniczka

zasypia w tańcu. Gilette

wreszcie wychodzi na parkiet,

 

drażni obcasem parkiet.

W kostnicy

nie milkną dzwony. Gilette

zatacza elipsy, żongler

dotyka jej piłeczek, a ja już wiem, że następna będzie ogrodniczka

(przeplatane z dotykiem refreny

 

języczka, refreny rozpiętej garsonki). Ten parkiet

to już nie moje miejsce. Ogrodniczka zamyka się w kostnicy,

Żongler odpala ostatni papieros Gillete.

 

edycja styczeń 2010


Justyna Paluch

 

Ostrość

 

Na domach jeszcze wiszą sople,

straszą troskliwe matki. Mgła

śni się ich dzieciom i budzi lęk, kiedy zima

na dobre wybucha w zamieci.

Dzień zmienia się jak oczy niemowlęcia i szybko

zasypia, by wstać niemożebnie

 

cicho. Śnieg oślepia bez trzasku, za oknem niemożebnie

ciasno. Wszędzie te sople –

śmiertelne stożki, więc byle szybko

przemknąć bez niepotrzebnej myśli. Z ust ciepła mgła

układa się w koncert i daje po uszach w zamieci.

Będzie z tego dziura w dachu. Pierwsza zima

 

z takim mrozem, to dobra zima

na początek życia. Dziecko, gdy śpi, niemożebnie

zaciąga się światem, jak bałwan w zamieci.

Widzi światło, a potem sople

i jeszcze nie wie, czy to tylko mgła,

czy ten widok dostanie się w jego rączki wystarczająco szybko.

 

Naprawdę szybko

myśli dziecko, któremu dopiero co przyśniła się zima,

bo każda godzina snu to rozwiana mgła;

nowo poznany obraz i dźwięk, niemożebnie

długo wysysane z palca słowo, jak sople,

spomiędzy których słońce wyciska uśmiech, na przekór światu w zamieci.

 

Chociaż w zamieci

czasem widać tylko czubki własnych butów i szybko

się można przyzwyczaić, że ludzie znikają jak sople.

Samotność, jak przy narodzeniu albo śmierci, zupełna zima.

Choć wokół pełno rąk i nóg, wyczyniających gesty niemożebnie

bezradne w swojej samotności, nad którą ciągle ta mgła,

 

wygodna mgła,

bo własną prawdę zawsze lepiej ukryć w zamieci.

Ale te sprawy zupełnie nie obchodzą niemowląt, niemożebnie

zaczajonych na świat. Im się wydaje, że szybko

można dostać wiele i nie przeszkadza w tym zima

ani obluzowana rynna, ani dach uginający się od śniegu, ani sople.

 

Czy to w ogóle sople? Na początku życia wszystko przysłania mgła

i nieważne, jaka pora roku, bo to ciągle zima w zamieci.

Na szczęście niemożebnie szybko łapiemy ostrość dna.

 

 

 

Rafał Kwiatkowski

 

EROS I THANATOS ŚCIELE SIĘ GĘSTO

 

Joan was quizzical,

studied pataphysical

Science in the home.

- The Beatles

 

Zagraj ostatni raz. Powiedzmy, kondolencje przypominające śnieg,

który sypie, na ciebie i mnie, fruwające ptaszki, smętny jak grabarz.

Uzyskaliśmy dystans. Robimy to kupę lat, ale i tak wpadamy w zaspy.

Tyle rzeczy domowej roboty. Skonstruowaliśmy specjalny wachlarz,

sprawdza się nawet teraz, gdy wymachujemy każdym słowem, wściekle

przywołującym wspólne i nachalne może,

 

tyle nachalnych przypuszczeń, może jest stosunkowo za zimno, może

najwyższa pora olać pismo, nie specjalnie lubię wyrazy białe jak śnieg,

nagle ktoś wpada, na co reagujesz poniekąd jak kierowca, wściekle,

albo spokojnie jak Seneka bez jaj , albo jakiś wykonujący nadgodziny grabarz

chwilę przed zjazdem. Zostawiasz za sobą cały ten wybielony wachlarz,

prując jak idiotka przez świństewka i zaspy.

 

Będzie dobrze, wszyscy ogłuchli, nagły wysyp ochów i achów tłumią zaspy.

Brakuje nam relacji. Nikt nie myśli o stosunku, zazwyczaj każdy kto może

odlatuje stąd jak najszybciej i spełnia się w tym kadrze jak atrakcyjny wachlarz.

Można prościej. Wystarczy, że odgarniesz z czoła niegdysiejszy śnieg

i posprzątasz po sobie z dokładnością, której nie powstydzi się sam grabarz -

po setnym wykopie nie reaguje już tak wściekle -

 

mówię do wymówienia a ty swoje "nie teraz, nie wypada, przestań" tak wściekle

jakby można było zatrzymać coś więcej, powiedzieć więcej i przeskoczyć zaspy.

Pf, esse est percipi, widzisz? Przyozdabiający głowę czarnym sombrero grabarz

z niecierpliwością oczekuje końca tej hecy, albo ktoś kto chce, ale już nie może

zjeść bułki z mortadelą, jeszcze gdzieś dryndnąć, bo wpadł po uszy w śnieg.

Później rozkładasz nogi i widzę cały wachlarz.

 

Powtarzasz bez dwóch zdań znany od średniowiecza, więc zużyty wachlarz.

Relacje, przyjaźń, obligacje. Mam kilku znajomych, którzy utknęli i wściekle

wymachują kurwami próbując się wydostać ponad leżący wszędzie śnieg.

Och przewodniku w pośpiechu mylimy trasy, zaspani wpadając w zaspy,

z pewnością przygotowane już wcześniej przez nas samych być może,

pasujące do zacierania śladów jak grabarz

 

srający w krzakach chwilę przed końcem, ach zaprawdę prawdziwy grabarz,

właśnie ten oczekiwany, otwarty na każdą propozycję, niezbędny jak wachlarz

jedyny, nasz, orzeźwiający trochę, bo może ktoś akurat sięgnie po może

otwarte jak dzieło bardziej otwarte niż na pewno, podane zazwyczaj wściekle,

jako jedyna prawda z tym nieustannym wrażeniem jakby wpadło się w zaspy

pod jednym dachem, gdzie nie pada śnieg.

 

Wreszcie upragniony szum, koniec transmisji, na ekranie śnieg,

każdy wstaje i opuszcza ten teatr, jeśli tylko może

przekroczyć wyraźnie zarysowane u progu zaspy.

edycja luty/marzec 2010


Mariusz Cezary Kosmala

WYSKOIE LOTY

Lecieliśmy pół roku (przed nami Kuopio),

ja, Goldi

i Benkowič.

W komorze kriogenicznej śniła mi się matura

i zaśnieżone pejzaże Hoth – akurat pod narty –

ale sen przerwała aparatura

 

wybudzająca, cholerna aparatura,

gdyż wchodziliśmy już na orbitę Kuopio,

gdzie ani grama śniegu pod narty

nie uświadczysz. Po przebudzeniu Goldi

jak zwykle zapalił papierosa – jego matura

była okupiona papierosami – zresztą i Benkowič

 

zapalił, i ja również, tyle że Benkowič

się nie zaciągał – aparatura

jego płuc będzie zdrowsza. – Ach, ta matura –

westchnął, patrząc przez iluminator na Kuopio,

Goldi

i zaraz dodał, że takie góry są wprost idealne pod narty.

 

– Ba, ale jak pod narty,

skoro to gołe skały i regolit! – żachnął się Benkowič.

– Panowie, panowie! – wrzasnął naraz Goldi. –

Aparatura

wskazuje, że po południowej stronie Kuopio

matka matura

 

tfu! matka natura znaczy się, a nie matura,

obdarowała te nienadające się pod narty

skały bogatymi złożami. – Czyżby więc Kuopio?

Na takim zadupiu? Benkowič,

zobacz, czy aparatura

połączy się z naszymi. I niech Goldi

 

wyliczy trajektorię! – Ech, ten Goldi

i ta jego cholerna matura,

nerwy mu wtedy zdechły jak nasza aparatura

teraz, lecz już po wszystkim przez tydzień pod narty

wgarnialiśmy kilometrowe równiny Hoth. Benkowič

nawet ustrzelił wapmę. A tutaj na Kuopio

 

zero śniegu. Dlatego Goldi przeklina Kuopio

jak ktoś, komu nie poszła matura. A aparatura

wciąż nam brzęczy. – Jakby kamień wpadł pod narty – skwitował Benkowič.

20 – 23 III 2010

 

równożędnie 2 nagrodę: książki wydawnictwa Czarne, WBPiCAK, SPP Wrocław oraz publikację na portalu www.roulotte.pl otrzymują Panowie:

Marcin Śierszyński za tekst:

CZWARTE MIEJSCE

Podróżując po rubieżach Europy wstąpiłem do Kuopio,

gdzie przywitała mnie piękna Goldi.

Opowiadała naprawdę krępujące rzeczy. Był w nich Benkowic.

Że stanął mu na drodze Matura.

Zaiste, interesująca to lektura.

W mym ręku znalazła się nagle bula.

 

Wcisnęła mi ją piękna. Ta bula

była w samym centrum Kuopio,

zupełnie jakby wsiąkła ją lektura.

Och, nadobna, powabna Goldi!

A czy przed tobą nie jawi się matura?

"Skądże, ja lecę przecież przed szkołą jak Benkowic."

 

Co ci zrobił ten Benkowic?

Uderzyła cię bula

kierowana jego ręką? Nieudana matura?

Wieczór minął w Kuopio.

Nocą przyznała się przede mną Goldi,

że zachwyciła ją pewna lektura.

 

"Jakaż to lektura?"

Podobno występował w niej Benkowic.

Moja mała, słodka Goldi,

to cię pierdolnęła bula

i minęła noc w Kuopio.

Przed tobą już tylko matura.

 

"Widziałeś, jak skakał Matura?"

"Nie, zafrapowała mnie owa lektura."

Faux pas, nie wiedziałem. Piłem wtenczas w Kuopio.

"A zaraz po nim skakał Benkowic."

Wolałem popatrzeć jak toczy się bula.

Zaczynam cię lubić, wiesz o tym, Goldi?

 

Ach, czy ty w ogóle nazywasz się Goldi?

I czy aby przed tobą jeszcze matura?

Chciałem w to wierzyć, gdy jeszcze sunie ospale bula,

a ty mi mówisz "Zachwyciła mnie pewna lektura".

Nad ranem poderwie cię Benkowic,

a ja odjadę samotnie z Kuopio.

 

W tym pięknym Kuopio zdarzyłaś się - śliczna Goldi,

w miejscu gdzie Benkowic walczyć chciałby o podium. I Matura.

Smutną jest ta lektura. Ranek nastaje, odsuwa się twoja bula.

 

oraz Filip Pietrek za:

ROZCZAROWANIA ZAKOPIAŃSKIE

Wszystko zaczynamy od nowa w Zakopcu.

De Gauille, Vermeer, Göldi

(czy Goeldi?), oni wszyscy zostali w domu. Benkovič

jest władcą historii odkąd matura

rozluźniła chwyt. Jedyna lektura

obowiązkowa to klasyfikacja skoczków. Start z siódmej belki.

 

Z wysokości tej siódmej belki

widać wszystkie pary w Zakopcu,

nawet nas. Znasz Kuryluk? Obłędna lektura,

ale przydałby Ci się taki chomik Goldi,

prawda? Coś, widzę, trapi mocniej niż Jan Matura

na rozbiegu... widziałaś? Tam był Benkovič.

 

Nie było jakiegoś poety nazwiskiem Benkovič?

Więc zaczną skakać o siódmej? Belki

był poetą, pomyliłem, pisze się Buellqui. W końcu matura

z polskiego. Poza tym – jesteśmy w Zakopcu,

tutaj ci wszyscy - Tetmajer, Kasprowicz, Goldi,

to znaczy Tomasz Karolak. „Ciało” oglądałaś? Lektura

 

Scenariusza powaliła Koneckiego. Ja wolę jak lektura

głaszcze, nie powala. Posłuchaj: „dla Ciebie mogę skakać jak Benkovič,

uważnym być jak Goldi,

zawisnąć i u sufitu siódmej belki,

jeśli zechcesz, miła, w Zakopcu.”

Znów ta matura...

 

„Spójrz tylko, spójrz - bardzo się staram, bo choć matura

jesteś tak ważna, jak obowiązkowa lektura!”

Tak pisze poeta w Zakopcu.

Gdzie ten Benkovič?

Miał skakać o siódmej. Belki

obniżyli, ale i tak Goldberger „Goldi”

 

Szans nie ma. Spadaj, Goldi!

Na bok Matura!

On dosiadł już siódmej belki,

szukam Cię dłonią, lektura

upuszczona pod nogi. Teraz wszystko nazywa się Benkovič.

Wybiła godzina „W”. „Zakop cu-

 

deńko! tfu! Skacz cudeńko!” W Zakopcu nie tylko Benkovič

runął z siódmej belki. Miałem być jak Twój Goldi,

jestem uciążliwy jak lektura z obowiązku, jak nasza cotygodniowa poprawkowa matura.