Cegła - Literatura - Proza - Poezja
JEST JUŻ 24 NUMER MAGAZYNU CEGŁA - PIECZĘĆ, PYTAJ W KSIĘGARNI TAJNE KOMPLETY, PRZEJŚCIE GARNCARSKIE 2, WROCŁAW
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 
WRÓĆ | WYDRUKUJ

Mariusz Parlicki

„Podszepty chwili”

 

 

Związek Literatów Polskich

Oddział w Krakowie


KRAKÓW 1997



spod czapki śniegu

zerkają w stronę słońca

zmarznięte drzewa



kropla za kroplą

spływają z moich okien

witraże zimy



kruszeją lody

kra kra z radości krzyczą

gawronie chóry



wezbrana rzeka

dorównać pragnie niebu

rozlewa błękit



marcowe słońce

starczyło żeby rozgrzać

serce pierwiosnka



wiekowe dęby

podobnie jak ja mają

zielono w głowie



trzepoczą skrzydła

milionów kropel wody

huczy wodospad



ciepłe sny stygną

gdy wdziera się przez okno

powiew przedświtu



chodź na majówkę

słyszysz w katedrze lasu

konwalie dzwonią



pod niebem łąki

płonie ognisko słońca

sen nietoperza



rzeka potrafi

nadać najtwardszym głazom

szlif łagodności



w rybackie sieci

ławicę ryb przywiodła

szczęśliwa gwiazda



po skalnej ścianie

człowiek idzie do nieba

razem z butami



skaliste szczyty

od wieków patrzą na świat

kamienną twarzą



zdyszane miasto

złapało późną nocą

miarowy oddech



nocą witraże

wznoszą bezbarwne modły

o promień światła



pędzel jutrzenki

na sinym dachu nieba

maluje freski



kropelki rosy

ociera promień słońca

z policzka róży



konają puszcze

zielone szyje ściska

pętla asfaltu



cekiny nieba

nawet gdy się wypalą

nadal nam świecą



wyciągam ręce

upadam na kolana

zbieram poziomki



leśne maliny

kuszą by zakosztować

dzikiej słodyczy



potędze wiatru

zuchwały opór stawia

wydęty żagiel



piaski pustyni

uschły z próżnej tęsknoty

za glorią pereł



tylko pająki

potrafią ciągle plotąc

nic nie poplątać



poranne słońce

rzuciło jasne światło

na mroki życia



z leśnej gęstwiny

wyszła mi na spotkanie

zgubiona droga



przed wiejską chatą

w niedzielne popołudnie

ugięta ławka



po parasolu

spływają łzy rzęsiste

requiem dla lata



przywarły ciałem

w blasku świateł latarni

ćmy samotności



w ramionach ziemi

złożyło swoje ciało

spróchniałe drzewo



sterczą łodygi

dmuchawce tracą głowy

kiedy wiatr wieje



noce się dłużą

już nie pogania czasu

sekundnik cykad



patrzę ze szczytu

jak potok chmur zalewa

senną dolinę



ucichły ule

snujmy jak złote pszczoły

słodkie marzenia



w stalowym niebie

przegląda się dzień cały

strapiona dusza



upartym drzewom

na próżno wiatr przywraca

zrzucone liście



na wrzosowisku

strudzony dzień wygląda

zmierzch nie nadchodzi




jesienną porą

snują się po ulicach

dymy bez ognia



staruszka jesień

na żółtych kartkach pisze

testament liści



idź jak Tezeusz

z nicią babiego lata

w labirynt zimy



nastała zima

wiewiórka twardy orzech

ma do zgryzienia



zima tak mroźna

że tylko Styksu wody

nieskute lodem



nie czas na miłość

Amor wypuszcza strzały

lodowych sopli



swoje haiku

pędzelkiem piszesz co dzień

na kartkach powiek



ja tobie wszystko

a ty półksiężyc w serce

i kamień w wodę



tak bardzo kocham

że często zapominam

mówić ci o tym



mojemu sercu

jesteś najbardziej drogą

drogą donikąd



usta kobiety

całują pomarańczą

mówią cytryną



kwiaty w wazonie

jeszcze jedna ofiara

naszej miłości



drapieżne zwierzę

nosi na swoich plecach

łagodna pani



żurek z kiełbasą

połyka w pustej kuchni

tłuste romanse



zdjąłem piżamę

wtem mnie za gardło chwycił

krawat sumienia



ślimak i człowiek

pierwszy ma dom na plecach

drugi na głowie



to pierwsza wiosna

którą oglądać będę

okiem jesieni



ludzką oziębłość

na próżno pragnie przebić

serca przebiśnieg



szare gołębie

przynoszą szarym ludziom

skrzydlate myśli



strumienie czasu

skutecznie gaszą ogień

człowieczych pragnień



stary kawaler

przez niedomyte okno

zerka na miłość



wyłącznie ślepcy

mogą mieć jasny ogląd

ciemnoty świata



w amforze ciała

jak w lampie Aladyna

drzemie potęga



kolejny miesiąc

przebiegłem w bezsensownej

pogoni jutra



co za paradoks

świat który gonię biegnie

w przeciwną stronę



nasza planeta

stała się dla swych bogów

kulą u nogi



gdzie jesteś Boże

gdy niewidoma prosi

o grosz żebraka



prowadź mnie Boże

twojego linoskoczka

po pętli życia



gdy spłodzę syna

i własny dom zbuduję

wyrosnę drzewem



pies wylizuje

wrzody i krwawe rany

mej samotności



kłamliwy zegar

wskazuje czas co wraca

do punktu wyjścia



zazdroszczę kretom

że odnajdują radość

w spoczynku w ziemi



wynajmę pokój

w piwnicach codzienności

emigrant z raju



na czole starca

Bóg rzeźbi dłutem czasu

zakręty życia



z pierwszego piętra

śmierć mnie przekwateruje

na parter nieba



chcę tak jak motyl

odejść niepostrzeżenie

na wieczną łąkę



przyjdzie przed świtem

po cichu na paluszkach

złodziejka smutków



każda sekunda

czyni z naszego życia

wielkie rozstanie




życie jest złudą

zrozumiesz to gdy w końcu

śmierć cię obudzi



przed śmiercią w morzu

choć myślą każda rzeka

wraca do źródła



wyschnięte źródło

nie roni kropel wody

chociaż las płonie



ma wiarę w Boga

straciwszy wiarę w życie

oczodół pusty



śmierć jest artystką

rozmywa świat jak pędzel

impresjonisty



księgi wieczności

zapiszą nasze życie

krótkim haiku

 
  STRONY PARTNERSKIE I POLECANE PRZEZ MAGAZYN CEGŁA  
   
  Portal turystyczny Noclegi-Online Wrocław  Kalambur