Cegła - Literatura - Proza - Poezja
JEST JUŻ 24 NUMER MAGAZYNU CEGŁA - PIECZĘĆ, PYTAJ W KSIĘGARNI TAJNE KOMPLETY, PRZEJŚCIE GARNCARSKIE 2, WROCŁAW
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 
WRÓĆ | WYDRUKUJ

Plastelinowy Ludzik

Coś więcej niż małpa

Niewielka grupka bezwolnych mężczyzn wysiadła ze stojącego, niebieskiego autobusu. Ich somnambuliczne, ospałe ruchy współgrały z pozbawionymi ekspresji twarzami – wszystko szło zgodnie z planem, podane na godzinę przed jazdą leki dobrze spełniały swoje zadanie. Idąc jeden za drugim, zakuci w wyprane kaftany, poruszając się jak jeden wielonożny organizm, przypominali białą, pełznącą w stronę szpitala gąsienicę. Były to jednak osobne istoty, gotowe godzinami deliberować, przekonywać o namacalności swoich urojeń. Wyglądali spokojnie w swym posłusznym marszu ku normalności, odbębnianym wraz ze zwidami i upiorami, które krzycząc i zaczepiając, towarzyszyły im w ich marszu po placu. Gąsienica wygięła się w łuk, skręcając do bloku C, pełnego sal z podobnymi pacjentami, przykładami zmiany wcieleń jeszcze za życia. Grzeczności kluczących pacjentów pilnowali potężni, lecz łagodni, pielęgniarze, dopatrujący, aby odwłok podążał za resztą robala ku wejściu do budynku. Kierowca pozdrowił strażnika w budce. Szlaban opadł, autobus wyjechał za mury szpitala.
„Wszyscy jesteśmy jedynie małpami” – pomyślała, śledząca konwój z okna swojego gabinetu, Ewa. Podlegający jej Blok D zanurzył się w popołudniowej drzemce. Nakarmieni lekami, przypięci do swoich łóżek pacjenci spali grzecznie, pokornie. Zbliżał się koniec zmiany. Ewa, patrząc przez niezakratowane okno, czekała, aż wskazówka dobije do czwartej. „Pieprzone małpy” – stwierdziła, wracając na krzesło, masując pulsujące skronie. Chciała w końcu zrzucić biały fartuch, wziąć tabletki i opuścić mury kliniki: wejść w rolę matki. Czekające w domu córki nigdy nie poznały szorstkiej strony osobowości swej mamy - pancernej pani doktor, próbującej rozwikłać swą niecodzienną inteligencją zaplątane osobowości pacjentów. Czasami witały ją w progu, wyczerpaną dyskusjami, próbami wyprostowania nieprostowalnego, ale gdy pytały o pracę, zamyślała się na moment, kazała dokończyć posiłek lub odrobić lekcje, pozostawiając je bez odpowiedzi. Nie mówiła o swej pracy, broniąc, w swym przekonaniu, godności pacjentów, a raczej ludzi, którymi kiedyś byli.
Gdy odwieszała fartuch, drzwi gabinetu skrzypnęły ostrzegawczo. W progu pojawił się Marcin, który powinien trwać piętro niżej w defetystycznym odrętwieniu. Z doświadczenia wiedziała, że niektórzy pacjenci nabywają wraz ze swą chorobą nienaturalnej siły, a obecny tu dwumetrowy przypadek inteligentnej psychozy, nawet bez tego nie dawał jej większych szans. Gość przeskoczył chorym wzrokiem z wiszącego fartucha na Ewę, nie panią doktor, ale Ewę – matkę dwóch córek, żonę, a przede wszystkim kobietę. Pierwszy raz widział ją bez fartucha. Odwrócił się i zamknął drzwi na spust.
- Przyszedłem cię zgwałcić – padły suche słowa.
W wyciągniętej, otwartej dłoni pokazał z satysfakcją, niepołknięte tabletki.
- Całe szczęście. Dobrze, że pan przyszedł. Właśnie chciałam z panem porozmawiać, panie Marcinie. Proszę, niech pan siada – powiedziała bez zająknięcia Ewa.
- Pani czekała?
- Oczywiście, miałam po pana posłać. Papierosa?
- Tak, z przyjemnością.
- Miałam pana wezwać, ponieważ podczas ostatniego naszego spotkania, nie wyłożył mi pan do końca pojęcia pokory.
- Ach tak, pokory. Trzy dni… – zamyślił się na moment. – Pokora – zaczął, zaciągając się ze smakiem – pokora, pani doktor, to fundament dobra, a rodzimy się, żeby być dobrzy. Boli mnie to, że wielu ludzi nie chce już klękać; pozapominało słów modlitwy, posądzając Boga o autorytaryzm, ale zapewniam panią, że zgięcie kolan nie jest istotne dla Stwórcy, ale dla nas, dla nas pani doktor, abyśmy raz na jakiś czas poczuli kogoś nad sobą. To, między innymi, jest właśnie pokora.
- A co z niewiernymi, panie Marcinie? Klęknięcia, w ich przypadku, nie wchodzą w grę – kontynuowała wątek.
- To głupcy, pani doktor, zwyczajni ślepcy. Nie dostrzegają w swym antropocentrycznym tańcu, kulcie wiedzy, błędów – podjął podniecony. - Każda nauka opiera się na zmysłach. Bez nich nie ma poznania, doświadczenia i badań, nieprawdaż?!
- Zgadza się.
- Nauka nie może wykroczyć poza zmysły, gdyż stanie się przez brak realizmu swą własną negacją. Wszystko opiera się na zmysłach, odczuciach, ale zmysły mógł stworzyć jedynie wielki kreator, olbrzym umysłu, wspaniały inżynier – toczył lawinę słów. – Nie potrafią, nie chcą TEGO zrozumieć! Stają się przez swoje nałogi niewolnikami własnych zmysłów! Pieprzone MAŁPY!!! – wykrzyczał wściekły, plując naokoło.
Umilkł.
- Jak mówił tatuszka Tołstoj: „Ateiści są jak dzieci, które nie znając mechanizmu zegarka, negują istnienie zegarmistrza” – powiedział spokojnie, z uśmiechem, wciągając dym jak powietrze po burzy.
- Przekonywujące, panie Marcinie, zwłaszcza fragment o małpach.
Oboje zapatrzyli się w powietrze.
- Pani nie wierzy, prawda? – zapytał po chwili zadumy.
- Nie, nie wierzę.
- Szkoda, pani doktor, szkoda, jednak to nie jest w tym momencie najważniejsze. – powiedział. - Tak naprawdę jestem oburzony, że próbuje mnie pani zagadać swoimi lekarskim bełkotem. To mnie obraża. Myślałem, że traktujemy się na równi…
Umilkł.
- Pieprzenie jest nieuniknione – powiedział z uśmiechem, parząc swe palce przygaszanym niedopałkiem.
- Marcin…
Przerwał jej wyrwaniem z podłogi biurka, które odleciało, jakby było z kartonu.
- Karmisz mnie chemią, zabijasz myślenie! Ty suko!
- Nie zbliżaj się!
- Zgwałcę. Poczujesz tych, z którymi rozmawiam – skończył półgłosem, zaciskając dłonie na szyi Ewy.
Tlen przestał dopływać, oczy zaszły krwią. Z korytarza zaczęły dobiegać odgłosy nadbiegających pielęgniarzy i ochrony.
- Innym razem Ewa… do następnego – wycedził uśmiechnięty kilka centymetrów od jej policzka, plując na nią kropelkami śliny.
Drzwi niemal rozprysły się od kopnięcia sanitariusza. Marcin, sapiąc, spojrzał spod łba na zbliżających się pielęgniarzy.
- Spokojnie. Marcin, Marcin, patrz na mnie, bez nerwów! – uspokajał jeden z opiekunów.
- Innym razem, panowie. Nie tym razem, nie dzisiaj – mówił do kogoś, w powietrze.
Rozpędził się i wyskoczył przez nieokratowane okno. Zginął na miejscu.
Do wieczora, sprzątnięto z betonu ślady krwi i uspokojono zaniepokojonych pacjentów.

Dodaj nowy komentarz
Autor: (dodaj na początku NOSPAM)
Email: (dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
 
  STRONY PARTNERSKIE I POLECANE PRZEZ MAGAZYN CEGŁA  
   
  Portal turystyczny Noclegi-Online Wrocław  Kalambur