Cegła - Literatura - Proza - Poezja
100 000 KSIĄŻEK NA WWW.TAJNEKOMPLETY.PL !!!
AKTUALNOŚCI MEDIA PODREALIZM CEGIELNIA WASZE & NASZE WYWIADY LINKI KSIĘGA GOŚCI REDAKCJA
 
 
WRÓĆ | WYDRUKUJ

Przemysław Walczak

Rękopis znaleziony w szufladzie part 2

 

Zupełnym przypadkiem, a więc Los Amigos tym razem mnie nie zawiódł, spotkałem dziś Luizę (swoją drogą, przerażają mnie te przypadki). Widząc mnie, podeszła dziwnie lekko, tym irytująco nonszalanckim krokiem. Luiza to wszystkowiedząca lesbijka, która ma zwyczaj zajadać się żelkami, a poza tym uwielbia być dotykana. A wszyscy uwielbiają na powitanie z nią zatapiać ręce w jej długie, ufarbowane na rudo włosy i całować się z nią długim filmowym pocałunkiem (cokolwiek to znaczy). Luiza była moją dobrą znajomą od czasu pobytu w szpitalu, a dokładniej od momentu, gdy chciała zgwałcić siostrę oddziałową. Wtedy Luiza, neurotyczna (jak wszyscy w tej książce) szesnastolatka o wybujałej erotycznej wyobraźni, chciała, żebym był jej sponsorem. Kilka razy, gdy byłem mocniej niż zazwyczaj zdruzgotany miałem się w geście osobliwej rozpaczy na to zgodzić. Mieliśmy wyruszyć razem, ja i Luiza, ubrana tylko w porozciąganą bluzkę i mniej rozciągnięte majtki, w wielką podróż po Europie. Na szczęście nie miałem na te sekswojaże absolutnie żadnych pieniędzy, a ją w samą porę przyłapał na dworcu kolejowym jej ojciec (lub ktoś, kto się za takiego podawał) i umieścił, jak się później przypadkowo dowiedziałem, w jakimś ośrodku dla zepsutych dziewczynek z dobrych domów. Nie zdołałem ustalić, gdzie się on mieścił, ale niewykluczone, że w jej własnym pokoju. Lecz minęło sporo czasu, a ja spotkałem ją pierwszy raz od tamtej pory. Mógłbym o niej zresztą długo opowiadać. Niektórych z was interesuje zapewne tylko to, czy naprawdę Luiza była moją kochanką, kochanicą, utrzymanką, nałożnicą.

Rozmowę z Luizą przedstawiam wam tu z całą rzetelnością właściwą średniowiecznym kronikarzom:

„Cześć”, powiedziała zarzucając swymi długimi rudymi włosami, a ja miałem te kilka sekund na przypomnienie sobie twarzy wszystkich znanych mi aktorek i skojarzenie w ten sposób, do kogo podobna jest teraz Julia-Luiza.

Zapytała mnie chwilę później, co u mnie słychać i nie czekając na odpowiedź zadała lekko licząc jeszcze kilka pytań. Szczęśliwie, ulicą, na której się spotkaliśmy, przejeżdżał jakiś stuletni chyba gruchot (konstrukcja na licencji francuskiej) i żadnego z tych pytań nie dosłyszałem. Zaczynam uwielbiać takie zbiegi okoliczności, które ratują z kłopotliwych sytuacji. Niestety, moje wybawienie okazało się chwilowe, bo gruchot przejechał, a ona była widocznie konsekwentna.

Wiesz, muszę cię o to zapytać” – ciągnęła tym swoim infantylnym tonem – „kim jest właściwie Julia?

Przyznam, że w tym momencie prawie zrzuciła moją intelektualną maskę (wybaczcie mi te słowa) i obnażyła bezwstydnie nagą i bezbronną twarz niespełnionego poety-mordercy. Żałuję jedynie tego, że nie miałem okazji widzieć swojej przygnębiającej żałosnej jak przypuszczam miny. Ale mogę sobie wyobrażać. To była jedna z tych chwil w życiu, gdzie jedynym ratunkiem wydaje się być jedynie globalna katastrofa, jak choćby potop, wybuch wulkanu, zlodowacenie lub też coś podobnego. To pewnie także ta sama chwila, kiedy sprawca morderstwa zostaje zdemaskowany. Wtedy jest już tylko tępa wściekłość, bezgraniczna nienawiść. Żaden kataklizm jednak nie nastąpił, co wprawiło mnie zresztą w pewne zdziwienie i zakłopotanie.

Kocham Cię” – odpowiedziałem i zacząłem chyba uważać naszą rozmowę za zakończoną.

Luiza chciała chyba jeszcze coś mi powiedzieć, a ja bym skłamał, gdybym nie odnotował tu skrzętnie, że po raz pierwszy poczułem dla niej prawie całkiem szczerą pogardę. Odszedłem, rozchlapując wszechobecne na ulicach śniegowe błoto.

Muszę, dla kronikarskiej rzetelności, w tym miejscu przyznać, rozmowa ta była na wskroś idiotyczna, a wy zapewne nie wierzycie, że tak właśnie mogła wyglądać. Musicie wiedzieć, że są jednak takie rozmowy, a ona była jedną z nich, które są prawdziwe tylko dzięki temu, że są zupełnie nieprawdopodobne.

Cała ta, żenująca jak sądzę, scena przekonała mnie jedynie o tym, że czasem kocham „moją Julię” zupełnie kiczowatą, romansową miłością. Zawsze, gdy wnikliwiej przyglądam się memu przygnębiającemu losowi, wszystko to wydaje mi się powykrzywiane smutną groteską. Ale gdy szedłem tak brudnoszarym i mokrym chodnikiem, mijając po drodze (nie pamiętam by prowadziła gdziekolwiek) ciemne postacie o twarzach koloru tego chodnika, resztkami wyobraźni dostrzegałem tylko tę jasną plażę i na niej Małą Syrenkę ubraną w morską pianę, wiedziałem, że ja, José z Elizondo kocham ją, że kocham moją Carmen.

Życie jest jak sen. Smutna to i nieco sentymentalna refleksja, przyznajcie moi mili.

 

Cyrankiewicz, ten kuglarz jarmarczny, nocny portier, plastikowy kwiat-poeta wyrosły na śmietniku. Chodząca brudna niesprawiedliwość, kuriozalny zwyrodnialec, horrendalny, karykaturalny stwór z czarno-białych horrorów, Boris Karloff mojej codzienności. I może wam jeszcze o tym nie wspomniałem, ale ta wielce osobliwa osobistość, umownie nazwana przeze mnie Cyrankiewiczem, ma tę właściwość, że gdy w sobie tylko nieprzyzwoity sposób spojrzy wzrokiem certyfikowanego buhaja bądź innego boskiego reproduktora na jakąś młodą kobietę, a patrzy tylko na takie, ta, biedaczka, w ciągu krótkiego czasu ukazuje się jego oczom będąc w ciąży. Nie z nim, rzecz jasna, bo na szczęście wzrokiem się jeszcze nie zapładnia, ale z jakimś innym dawcą życia. Niby nic więcej nad zwykły zbieg okoliczności, ale to zadziwiająco obrzydliwe w jego wykonaniu, przyznajcie sami. I tu jest miejsce na piękną puentę w rodzaju: i tak się niezmiennie toczy ten życia cud. Możecie mi pogratulować tej lotnej konkluzji, a kto wie może nawet i morału. Nie, nie ma jednak obawy, o jakikolwiek morał nie macie podstaw mnie podejrzewać. Panie i panowie! Jestem niewinny. Przynajmniej z tego zarzutu mogę zostać całkowicie oczyszczony.

Cyrankiewicz chodził ulicami miasta z trzema szeklami w kieszeni, szukając szczęścia w miejscowych knajpach lub po prostu na ulicy.

Postać Cyrankiewicza, przy całej budzącej wstręt zagadkowości, wydaje mi się całkowicie znana. Lecz gdy tylko zaczyna mi się wydawać, że tak znam tego potworka, że to ja ulepiłem go z gliny pewnej letniej nocy, to w tej najmniej oczekiwanej chwili Cyrankiewicz objawia swe nieznane, może wyłącznie dla mnie, oblicze krwiożerczego i połyskująco czarnego chrząszcza. Dla przykładu, nigdy nie zdołałem ustalić, pomimo najszczerszych chęci i znajomości kilku postaci prywatnych detektywów z czarnych jak ten krwiożerczy chrząszcz kryminałów, w jakich okolicznościach Cyrankiewicz i Luiza mieli przyjemność (a o tym, że przyjemność była, jestem całkowicie przekonany) blisko się poznać. Nigdy zresztą nie rozumiałem więzi oplatających ludzi cuchnącą pajęczyną. A może to Cyrankiewicz był dla niej ojczymem-kochankiem, a ja zaledwie śmieszną poobiednią przekąską, wypełniającą leniwe niedzielne popołudnie. Chociaż znając możliwości tego pijanego karakona, to równie dobrze ona mogła być tą przekąską, i to bez wątpienia smaczną.

Czy wiecie o tym, że w gabinetach dygnitarzy z ramienia PZPR godło wisiało zawsze pomiędzy portretami Gomułki i Cyrankiewicza właśnie? Ale nigdy byście już nie zdołali domyślić się, że portrety tych żałosnych mężów stanu nie znajdowały się po przypadkowych stronach tegoż godła. Być może na którymś tam zjeździe ustalono, iż wizerunek Władysława Gomułki (konspiracyjny pseudonim Wiesław) wisiał będzie po prawej stronie, a Józefa Cyrankiewicza po lewej. Oczywiście biorę tu pod uwagę zawstydzającą i maluczką perspektywę petenta, bo to on musiał spozierać w górę na promienne szpiegowskim uśmiechem twarze przywódców obcego im niesowieckiego narodu.

Nie oszukujmy się, współczesne społeczeństwo – może jak żadne inne – oparte jest na hipokryzji. Trzeba to sobie wreszcie powiedzieć i nawet ustrzec się przy tym od cynizmu. Najwyższy już czas obnażyć obłudę, która skrywa wstydliwą prawdę zaciszy gabinetów zakłamanych psychoterapeutów-świntuchów. Otóż dlaczego dojrzali mężczyźni są często skazani przez to społeczeństwo na nudne i przygnębiające kontakty seksualne wyłącznie z kobietami mniej więcej równymi im wiekiem? Przecież tak naprawdę podobają mu się młode i kręcące tyłeczkami nastolatki, a nie jakieś tam matrony. Czemu związek czterdziestoletniego mężczyzny z dajmy na to piętnastolatką uchodziłby za coś gorszącego, niemoralnego, byłby okrzyknięty grzeszną namiętnością i na co by tam jeszcze wpadły dewotki i stróże wyłącznie cudzej moralności, strażnicy świętego ognia? Oczywiście kobieta w wieku balzakowskim równie dobrze mogłaby zabawiać się z jakimś gówniarzem z liceum, jeśli miałaby tylko na to ochotę. Niestety, zakłamane purytańskie społeczeństwo, które zabrania masturbacji i wiąże dziewczynkom rączki zanim pójdą spać, bo inaczej dziewictwo może być zagrożone przez palec, udziela cichego zezwolenia na bicie żon przez pijanych mężów i conocne gwałty w zaciszu małżeńskiej sypialni, ale już nie godzi się na niewinny choćby romans dyrektora banku z koleżanką jego córki. I nie ma to nic z niedojrzałością seksualną, ani też z jakimiś zwyrodnieniami, przerażającymi matki dorastających córeczek. Po prostu wszelka namiętność, seksualność, czy jak to jeszcze nazwać, jest nieodłącznie związana z kultem młodości, a nie z obwisłymi piersiami. I może cnotliwym starym pannom niezbyt te fakty przypadają do gustu, ale nie zmienia to tego, że zdrowy mężczyzna ogląda się tylko za młodymi dupkami, a już na pewno staje mu na samą myśl o przygodzie na tylnym siedzeniu samochodu w przydrożnym lesie z jakąś niegrzeczną dziewczynką, najlepiej w harcerskim mundurku. Kto jednak w porę nie zapewni sobie odpowiedniego statusu majątkowego może sobie jedynie o tym pomarzyć, szamocząc się w środku nocy w ciepłej i wilgotnej pościeli, tuż przy śpiącej obok nudnej, nieatrakcyjnej żonie. Być może przesadzam, całkiem przecież możliwe, że potraficie znaleźć dziesiątki przykładów, że tak nie jest, ale zapewniam, że to tylko pozory. Przykładny ojciec rodziny ni stąd ni zowąd potrafi przeistoczyć się w śliniącą się i wyuzdaną bestię. Bogobojny ksiądz lub też równie zacny przeor wieczorami zmienia się w rasowego kurwiarza, który umiera całkiem niespodziewanie podczas orgii z trzema prostytutkami. Mało to jednak istotne dla żałosnej historii, którą wam tak nieudolnie opowiadam. Pełnej załzawionej goryczy historii Luizy i Merkucja.

Wspaniały wynalazek, kobieta. Tyle tylko, że strasznie spartolony. Kobieta – głupie i ciemne, zabobonne stworzenie. I gorzką tę prawdę trzeba na kartach tej powieści stwierdzić. Kobieta, żyjąca w mrocznym i niezgłębionym przez sceptyków świecie wróżb i przepowiedni. Pomyślcie, kto jeszcze w wieku dwudziestym i pierwszym wierzy w horoskopy, kto wróży sobie z wosku (czy z czego tam jeszcze)? A one to robią i, jakby tego było mało, wierzą święcie, że objawia im się jakaś prawda absolutna i niezmienna, przyszłość nieunikniona i fatalna. Zastanawia mnie czasem, co ci mężczyźni właściwie w nich widzą.

Wyznaję bez rozbuchanego wstydu, moja gra literacka jest nędzna, przeraźliwie mało subtelna. Chyba dość już tych natręctw? Jestem niewolnikiem, grafomanem bazgrzącym dla zamordowania czasu. Jakież to wszystko kompromitujące.

 

Jeśli chodzi o Merkucja to muszę przyznać, że to postać sprawiająca przygnębiające wrażenie od chwili, gdy ją po raz pierwszy zobaczyłem. Było to jakieś trzy lata temu na dworcu Cybulskiego. Naprzeciw mnie stał nieudacznik z oczami schizofrenika. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że połączy mnie z nim coś więcej niż tylko, jak się miało wkrótce okazać, odpowiadanie przed nadzwyczaj sprawnym w naszym przypadku, wymiarem sprawiedliwości za udział w zabójstwie. Piszę to z szerokiej perspektywy krzesła elektrycznego, więc wybaczcie mój cynizm. Wróćmy jednak do Merkucja. Ten romantyczny kochanek, absurdalny kaleka stał się mym grzesznym przyjacielem w erotycznie czarnym pokoju, w którym zwykliśmy mieszkać. Bez wzajemności zakochany w sobie i w swym uwielbieniu dla literatury Merkucjo. Zabawny obsesyjny kochanek, niby-romantyczny przebieraniec. To on był moim prawie literackim mełamedem i dzięki niemu dostąpiłem swej jakże miernej, jak się miało wkrótce okazać, poetycko-zbrodniczej konfirmacji. Merkucjo Sinobrody był mym ponurym mistrzem autodestrukcji, odrażającym truwerem-mordercą. Ja byłem dla niego jak burdel-mama; wycierałem mu jego drogą koszulę Wólczanki, gdy się porzygał po wódce. Muszę tu też oficjalnie oznajmić, że pieniądze na kurwy zawsze miał własne. Nigdy nie pożyczał. Był pod tym względem człowiekiem ze wszech miar szlachetnym i arystokratycznie wyniosłym w swym niegodnym arystokraty upadku. Zresztą zapewne nigdy nie pożyczał funduszy na te cuchnące jego własnym wstydem cele.

Gdy po raz pierwszy się zetknęliśmy, to on już dobrze wiedział, że jestem tym Cyrankiewiczem, a ja, że mam przed sobą Merkucja, fallicznego boga płodności i budzącego litość śmiertelnego kastrata. Jakież to kompromitujące.

 

Chłopcy, gdy dorastają... Przyznajcie, że to znakomity początek. Wspaniały, w sam raz, by zaprezentować wodewilowo-pornograficzną historię Luizy i mnie. Tak cudownie rozpoczyna się moja wspaniała i pochmurna baśń. Ma smutna grafomańska namiętność, stręczycielski dziennik, erotyczno-kryminalna fantastyka. Wszystko to zapisuję w tajemniczej kronice mej śmieszności i gorzkiej rozpaczy. Tylko to mi pozostało po mym grzesznym płomieniu. Mych lędźwi. Całego mnie.

Chłopcy, gdy dorastają, znajdują prędzej czy później w swym niedługim życiu Luizę, tę małoletnią namiętność i nieprzewidzianie przyjemny kolonijny grzech. Odtąd wszyscy stają się maluczkimi, nikczemnymi zakładnikami Luizy. Chłopcy są już tylko jurnymi niewolnikami, najbanalniejszymi klientami lub co najwyżej wąsatymi alfonsami w przepoconych koszulach, którzy wymuszają świństwami szeptanymi do ucha, napastliwymi pocałunkami w szyję chwilę szyderczej miłości, by potem znów być znienawidzonymi. Potem, już znacznie później, bo gdy znają już dość życie, przychodzi pytanie: czemu ta kobieta tyle znaczy moim życiu? Obca kobieta śpi w moim łóżku. Brzmi śmiesznie i tragicznie. Może nieco przesadzam, nie każdy musi ulec tej okrutnej i zabawnej namiętności. Mało to zresztą istotne. Trudna sytuacja, w której obecnie się znajduję daje mi olbrzymią szanse na refleksję i zadumę. Kto wie, może nawet na owocną resocjalizację, a w końcu nawet moralną odnowę.

I ja znalazłem mą małą Dolores. Pięknie nieznajomą. W zimnej i lepkiej nadmorskiej mgle. Małą muszelkę znalezioną na samotnej plaży. Mógłbym rzecz jasna zapisywać strony opisami mojej Luizy, w całości złożonych tylko z najwymyślniejszych ze znanych mi metafor. Nie można jednak wystawiać na taką próbę niewielkiej jak sądzę cierpliwości czytelników w naszym kraju.

Moja mała Lo, umiłowana sulamitko, syrenko z Kopenhagi. Nasza cyniczna miłość uderzyła w nas jak grom lub nóż bandyty. Moja najdroższa Lolito, wspaniały to mógłby być początek haniebnej ekspiacji. Rozcinam tępym skalpelem moją pamięć, wykrajam niczym krawiec kawałki moich najsmutniejszych wspomnień. Pastwię się sam nad sobą. Ta być może odrażająco perwersyjna zabawa znajduje ujście na kartach mej opowieści. Ileż zimnych i obmierzłych, okrytych beznadzieją nocy spędziłem nad obrzydłym pamiętnikiem mordercy i najpiękniejszą baśnią mego życia.

Carmen, moja mała Carmen, cos tam coś tam, te jakieś tam noce. Nie pamiętam, co było dalej… Czytelniku-grzeszny poeto, dopisz coś tu własnoręcznie, jeśli tylko chcesz. Luizę i mnie doktor Grzech zastał w ciemnej ulicy, niespodziewanie i szybko, jak wibrujący esemes. Otóż właściwie mogło dojść do naszego spotkania wszędzie, na ławce w parku, na tylnym siedzeniu samochodu, czy też gdziekolwiek. Ona zrzucała z siebie resztki ubrania i ciężar swoich głupich, bo najskrytszych i niespełnionych, marzeń, a ja zrzucałem płaszcz Kordiana. Mój skromny cynizm jest tu całkowicie wskazany. I jeżeli jeszcze targają kimkolwiek wątpliwości, czy aby nasz romans nie był najbardziej banalną historią, to uroczyście oświadczam, że właśnie taki był.

Panie psychiatro, neuroza kliniczna? Nie wierzę w te diagnozy i tylko ta niewiara umożliwia mi jako takie funkcjonowanie, pomaga mi pisać mą więzienną opowieść.

I tak oto wspominam mą Julię, z całą bałwochwalczością znaną literaturze. Spotkaliśmy się, Luiza i ja, zwykłego dnia. Pamiętam widmowy ten obraz. Idiotyczne sceny z życia, Luiza jedząca hot doga. W naszej sypialni na stałe zagnieździła się lepka żądza. Byłem w tej komfortowej sytuacji, że nie musiałem za to płacić. Pomyślcie tylko, jaka prostytucja jest upokarzająca, jak bezlitośnie wstydliwa. I to nie dla prostytutki, ale dla jej żałosnego klienta. Myślę, że największym poniżeniem znanym mężczyźnie może być tylko wydawanie pieniędzy na akty płciowe (wybaczcie ten patos) i to z nieznajomą kobietą. Szczęśliwym jakże trafem zdołałem uniknąć hańbiącej mnie czynności współżycia, a raczej współużycia w zamian za banknoty. Moje urągające mi nieszczęście polegało na czym innym. Moją kochanką, wszeteczną oblubienicą była Luiza, a to sprawiało, że codziennie czułem, jak wbijam sobie śrubokręt w serce i nonszalancko nim obracam. Osobliwa ta przyjemność miała swą przyczynę w moim bracie w kłamstwie i szyderstwie, księciu poetów Cyrankiewiczu. To on każdego dnia i prawie każdej nocy wpychał w nią beznamiętnie ogumowanego zbrodniarza-frajera, a ja w tym czasie leżąc samotnie we własnym łóżku nieruchomo umierałem z nienawiści.

Spotykałem potem Julię, a ona, wachlując rzęsami, z tym niewiarygodnie głupim uśmiechem niewiniątka milczała, gdy tylko pytałem o tego obrzydłego potwora Cyrankiewicza. A ja byłem na tyle głupi, żeby jej przebaczać. Była moją namiętnością i obsesją, była złym urokiem rzuconym w ciemną noc i nie potrafiłem jej porzucić ani też zabić.

Spalała nas codziennie chorobliwa miłość. Luiza, odaliska i ja, Merkucjo, głupi chłoptaś o skłonnościach zaledwie psychopatycznych. I także dziś, gdy spoglądam na minione szczęście moje i Luizy, wciąż uważam, że to najwspanialsza, najtragiczniejsza i najohydniejsza część mego nieszczęsnego żywota. Wybaczcie mi ten żałosny konfesyjny ton, który wpadam coraz to częściej. Mógłbym tu całkiem zgrabnie wpleść elegię Pociąg do Zakopanego z przesiadką w Trzebini. A właściwie to powinienem raczej odczuwać wysublimowane gorzkie spełnienie jako budzący litość poeta-morderca. „Moja najsłodsza Lolita” na zawsze będzie już moją małą Carmen.

 

Moja Syrenka. Viola alba, mój viola mirabilis. Moja mała nadzieja, dziewczynka o jasnych włosach, metr siedemdziesiąt w białej bluzce. Stokrotka w sukience z nieba. Moja wielka nadzieja.

Telefon nie dzwoni

Na końcu białej łąki

a na niej jaskry

groszki

i miód

stała

Moja Mała Carmen

boginka wina i łez

Na końcu białej plaży

a na niej podarta

książka

i miłość

Moja Mała Dziewczynka

syrenka z królestwa mórz

Mocna kawa

wczorajsza gazeta i włączone radio

Tak bardzo chcę wierzyć

że nim czarno-czerwona

Noc

wpadnie w objęcia

tandetnego kochanka-Dnia

Moja Mała Róża

przyjdzie do mnie we śnie

i zabierze

mnie na koniec swej białej łąki-plaży

Wtedy obudzę się

a Ty zawsze przy mnie

będziesz

Moja Mała Carmen

Moja morska królewna. Nereida. Morska kurtyzana.

 

Takie oto zakończenie zmontował pocieszny Merkucjo, ta wyliniała, koślawa kurwa, odrażający pedał:

Merkucjo wyszedł na ulicę. Szedł wolnym krokiem, jakim idzie morderca, żeby zabić. Gdy doszedł wreszcie do śmierdzącego mieszkania księcia-poety, wszedł ostrożnie do środka i zdołał jedynie zobaczyć jak Mała Syrenka trzyma w dłoni dymiący rewolwer, a książę Cyrankiewicz leży na podłodze z sześcioma kulami w piersi. Mała Syrenka Julia i żałosny Merkucjo patrzyli na siebie przez kilka sekund, które trwały wieczność. Dzielna Mała Syrenka nawet nie płakała. Merkucjo myślał teraz: „Czemu nie przyszedłem wcześniej...”. Wreszcie wykrztusił:

Jakieś pięćdziesiąt metrów stąd jest parking. Zaparkowałem tam. Wystarczy, że ze mną pójdziesz.” “Ja nie potrafię bez niego żyć”, odpowiedziała po chwili Luiza. Merkucjo wyszedł. Doczołgał się do samochodu, wsiadł i zwymiotował na siedzenie obok. Odjechał, łamiąc przy okazji wszystkie przepisy ruchu drogowego.

Nigdy więcej nie słyszałem o Małej Syrence. O mordercy Merkucju niedługo później krążyły plotki, że przebywał w szpitalu psychiatrycznym. Ktoś mógłby z was powiedzieć, moi znudzeni tą baśnią czytelnicy, że Merkucjo okazał się błagającym o litość nieudacznikiem, ale on zbyt mocno kochał swą Julię i nie umiałby zmusić jej do niczego.

 

Jakież to wspaniałe zakończenie. A jakaż rozpacz z tego uderza, jakie to wzniośle wzruszające. Aktorzyna Merkucjo, znów obnażył się bezlitośnie jako doskonale rachityczna osobowość. Nic tu dodać i nic ująć. Niemalże tragiczne zakończenie, gratuluję całkiem szczerze.

 

Nie byłbym jednak najprawdziwszym wyklętym kronikarzem miłości, gdybym nie napisał gorzkiej prawdy o guście mojej małej Julii, mej światłości i mym cieniu. Otóż ma słodka Julia jest niczym więcej niż tylko żałosną istotą o zupełnie drobnomieszczańskiej uczuciowości, prostackim umyśle i plebejskim guście. Pożałowania godzien jest jej banalny styl, trywialna subtelność oraz całkowicie niewybredne usposobienie. I wcale nie doprowadza mnie do bezdennej rozpaczy ten być może smutny portret. Ja, Gatsby, jestem daleko z stąd. Jadę teraz pustą i mokrą drogą. Do schowka w samochodzie włożyłem rewolwer. Sześć kul czeka na pięknego-głupiego księcia.

 

 

 

 

 

 

Copyright by Przemysław Walczak 2003

Dodaj nowy komentarz
Autor: (dodaj na początku NOSPAM)
Email: (dodaj na początku NOSPAM)
Treść:
 
 
  STRONY PARTNERSKIE I POLECANE PRZEZ MAGAZYN CEGŁA  
   
  Portal turystyczny Noclegi-Online Wrocław  Kalambur